NOWY BLOG - MMT od podstaw

Pracownia ekonopatologii - blog para-ekonomiczny w klimacie fusion ;-)

RSS
niedziela, 22 maja 2016

Ok, tym wpisem dobijamy do okrągłego #60, definitywnie kończymy ten blog i zapraszamy do kontynuowania dalszej para-ekonomicznej zabawy, tym razem w modnym klimacie (con)fusion z elementami free-for-all  na pracowniaekonopatologii.wordpress.com :




18:57, sen.halaer
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 kwietnia 2016

2-gi suplement na zwieńczenie bloga pod znakiem refleksji: nie oczekujmy od MMT wskazówek na temat rzeczy, którymi ta teoria się nie zajmuje.

MMT bez wątpienia dostarcza aparatu poznawczego – przy tym  jednego z najlepszych dostępnych – przydatnego do podtrzymania modelu gospodarczego opartego na prywatnej własności, pieniądzu i którego motywem napędowym jest zysk (a.k.a. kapitalizm), otwierając jednocześnie pewien kanał przełamania kanonu opresji siły roboczej charakterystycznego dla podejścia fundamentalistów wolnorynkowych – poprzez stworzenie przeciwwagi dla leseferystów, jaką stanowiłby państwowy program gwarancji zatrudnienia JG. Oprócz tego, komunikat: „podatki nie finansują wydatków”, a ich celem jest faktycznie nadanie wartości walucie państwowej i wypływająca z tego zmiana filozofii fiskalnej w kierunku opodatkowania „grzechów” -  być może to miałoby potencjał naruszenia totemu samozadowolonego podatko-łaskawo-płatnika, którą to tarczą lubią posługiwać się kapitaliści dla ochrony swojego specjalnego statusu, w tym zwłaszcza jeśli chodzi o ich nadreprezentację w parlamentach, tzw. dialogu społecznym czy w tworzeniu kanałów lobbyingu. Kult świętych posągów neoliberalizmu: Pracodawcy i Podatnika odpowiada w dużym stopniu za obecny wariant kapitalizmu.

Tak czy owak jednak MMT (czy generalnie post-keynesizm) to nadal coś, co można wrzucić do worka z napisem  „burżuazyjna nauka o społeczeństwie (o ekonomii)”. Nadal jako baza zakładana jest praca najemna, a jako miernik rozwoju przyjmuje się PKB. Wiele osób, poszukujących szerszej alternatywy, może doszukiwać się tu deficytu idei, ale uczciwość nakazuje przyznać, że MMT nigdy nie deklarowała się jako ruch obrony proletariatu czy towarzystwo ochrony Planety.

Tym niemniej jest jedna  rzecz, którą mógłbym subiektywnie sformułować jako dość istotną lukę generalnego podejścia MMT: pominięcie zagadnienia redukcji wymiaru czasu pracy. Jest to zarzut o tyle uzasadniony, że MMT-erzy, pozycjonując się dość zdecydowanie w roli kontynuatorów narracji Keynesa, ignorują z reguły projekcję zawartą w jego eseju  Economic Possibilities for Our Grand Children, gdzie JMK próbował antycypować pozytywne efekty wzrostu wydajności pracy. Napisał m.in. :

For many ages to come the old Adam will be so strong in us that everybody will need to do some work if he is to be contented. We shall do more things for ourselves than is usual with the rich to-day, only too glad to have small duties and tasks and routines. But beyond this, we shall endeavour to spread the bread thin on the butter-to make what work there is still to be done to be as widely shared as possible. Three-hour shifts or a fifteen-hour week may put off the problem for a great while. For three hours a day is quite enough to satisfy the old Adam in most of us!

[Jeszcze przez długie wieki stary Adam pozostanie częścią naszej natury i każdy będzie odczuwał potrzebę pracy, aby osiągnąć satysfakcję. Powinniśmy robić więcej dla siebie samych niż jest to normą dla ludzi bogatych obecnie, usatysfakcjonowanych swoimi drobnymi obowiązkami i rutynowymi zadaniami. Ale ponadto powinniśmy podjąć starania, tak aby rozsmarować masło cienką warstwą na chlebie tak, aby całość pracy, która będzie musiała być i tak wykonana, była dzielona tak powszechnie jak to możliwe. 3-godzinne zmiany czy 15 godzinny tydzień pracy rozwiążą problem na dłuższy czas. Ponieważ 3 godziny pracy dziennie to wystarczająco dużo, żeby usatysfakcjonować starego Adama dla większości z nas].

(O co dokładnie może chodzić w tym fragmencie? Moim zdaniem sedno zrozumienia na czym polega problem leży tym, że przyjmując perspektywę organizacji produkcji motywowanej wartością użytkową, ta utopijna wizja Keynesa jak najbardziej mogłaby się już wypełnić. W takiej narracji każdy miałby możliwość wyboru wyczilautowania się poprzez zaspokojenie tylko "starego Adama" – oddając się 3-em godzinom pracy dziennie. To zaangażowanie zapewniałoby gratyfikację ze strony zbiorowości (społeczeństwa), pozwalającą na zaspokojenie przynajmniej dwóch pierwszych warstw piramidy Masłowa – potrzeb fizjologicznych i bezpieczeństwa, jednocześnie dostarczając satysfakcji w postaci poczucia uczestnictwa, że jesteśmy potrzebni itd. - to, czego brakuje często tak bardzo ludziom bezrobotnym. 3 h/dz. raczej byłoby za mało dla tych, którzy są np. gadżeciarzami czy poszukiwaczami emblematów statusu (odczuwają potrzebę samo-realizacji nabywając rzeczy "ponadnormatywne" – nie-niezbędne do normalnego funkcjonowania). I w porządku – takie jednostki powinny mieć (z zastrzeżeniem kwestii ochrony środowiska, ale to inny temat) wolność zaangażowania się w dłuższe godziny pracy, celem realizacji projekcji swojego ego. Problem polega na tym, że obecnie ktoś, kto wybiera drogę zaspokojenia tylko "starego Adama" nie ma szans na realizację tego zamierzenia w wymiarze pracy 3h/dzień; nawet pełny etat często nie będzie wystarczający. „Norma” godzin pracy w społeczeństwach zbieracko-łowieckich wynosiła wg. różnych źródeł ~3-7 godz./dz.; to umożliwiało zaspokojenie potrzeb wszystkich członków klanu (bez udziału voodoo finansowych szamanów, zaklinających konieczność „odkładania” na emeryturę). Fast-forward o 10 tys. lat – i 8 godzin na dzień to często za mało.)

3-godzinne zmiany i 15 h tydzień pracy – jest to dość mocna deklaracja, która w środowisku memowym wykreowanym przez teoliberalizm może wydawać się śmieszna i naiwna, jednak ze strony MMT-erów oczekiwałbym przynajmniej bezpośredniego i poważnego ustosunkowania się do tego manifestu.

Rzecz jasna teoliberalizm zaszczepił umysł populacji wirusem, który każe ofierze wierzyć, że praca jest dokładnie takim samym towarem jak np. marchewka.  Jeśli cena marchewki (pracy) jest niska producent (pracownik) po prostu musi sprzedać/wytworzyć jej więcej, jeśli chce przeżyć. W tej narracji nie ma miejsca na dyskusję, w jaki sposób można dokonać transmisji postępu technologicznego na złagodzenie losu prola, czy w ogóle danie prolowi realnego wyboru pomiędzy realizacją „korzyści marginalnej” pomiędzy czasem wolnym a realizacją aspiracji materialnych; niezmiennie od ~100 lat standardowy prol praktycznie musi pracować >40h/tydz., żeby w ogóle się utrzymać na powierzchni. W przypadku proli wysoko wykwalifikowanych  system wydaje się działać w ten sposób, że generuje „aspiracje”statusu, które taki prol stara się realizować za pomocą kredytu; efekt jest taki, że praktycznie wszyscy prole są pozbawieni oszczędności netto, co w sposób oczywisty stanowi nieodpartą motywację do aktywnego angażowania się na „rynku pracy”.  Jak się wydaje, jednym z celów mema „zdrowych finansów” państwa, gdzie kraj ustanawia sobie próg „długu” publicznego, jest właśnie wspieranie modelu, w którym odłożenie oszczędności przez prola staje się zadaniem prawie niewykonalnym (a w przypadku tych, którym się to uda, oszczędności te są najczęściej przechwytywane przez różne „fundusze”, obiecujące „wolność finansową”, emerytury pod palmami czy inną magię bogactwa bez pracy; magia ta w rzeczywistości dostępna jest jednak jedynie dla poważnych kapitalistów; ale wszystko jest OK, dopóki prol nadal odczuwa presję maksymalizacji swojego czasu zatrudnienia i nie zastanawia się, gdzie podziewają się konfitury, wynikające z historycznego wzrostu wydajności pracy). Można jednocześnie zauważyć, że neoliberalna maszynka medialna nieustannie strofuje proli za brak dostatecznej determinacji do oszczędzania; znamy te historie: >>gdybyś "inwestował" chociaż 2 złote dziennie, po 40 latach osiągnąłbyś "bezpieczeństwo finansowe"; zamiast tego trwonisz pieniądze, nie umiesz kontrolować swoich zachcianek, poszukać niższych cen itp.<<. Jednak guru oszczędzania nie udzielą odpowiedzi, skąd te oszczędności, w wymiarze netto, miałyby się zrodzić, bo już na pewno nie mogą mieć one źródła w deficycie budżetu, gdyż budżet też powinien oszczędzać. § 22.

 Jak jednak zauważył Polanyi : „Praca to wyłącznie inne określenie dla ludzkiej aktywności, która jest elementem życia, które z kolei nie powstaje z przeznaczeniem na sprzedaż, ale z całkiem innych powodów, ani też nie można tej aktywności oddzielić od reszty życia, ani przechowywać czy mobilizować na zawołanie…”. I tu rodzi się pytanie: czy gwarancja zatrudnienia przywraca w stopniu zadowalającym czynnik „humanitarny” dla pracy ludzkiej?

Gwarancja zatrudnienia wydaje się być złotym środkiem dla uleczenia kapitalistycznej gospodarki monetarnej w fazie nad-akumulacji kapitału, jednocześnie jednak sprofilowanie tej idei pod kątem kompatybilności z kapitalizmem generować może pewne wątpliwości, jeżeli przyjąć np. perspektywę Polany’ego. Prawdopodobnie najlepsze opracowania dot. JG autorstwa B.Mitchella  podkreślają aspekt „odzyskania” potencjału PKB, utraconego wskutek neoliberalnej filozofii planowanego utrzymywania armii bezrobotnych. JG ma bez wątpienia potencjał do redukcji biedy i wykluczenia, które są podstawą „sukcesu” reżimu NAIRU, który to reżim realizowany jest poprzez zobrazowanie prolom opłakanych dla nich skutków niekompatybilności jednostki z wymaganiami „rynku pracy”. Natomiast kwestią mocno dyskusyjną jest to, czy JG byłoby w stanie zniwelować nierówności dochodowe. Należy mieć świadomość, że interwencja fiskalna w postaci sponsorowania JG, stanowiłaby jednocześnie akcję pompowania zysków kapitalistów, co wynika wprost z równania zysków Kaleckiego. Z przemyśleń Kaleckiego wiemy również, że paradoksalna opozycja kapitalistów wobec tego typu programów (których efekty monetarne finalnie mają wielkie szanse wylądować w ich kieszeniach) wynika z instynktu klasowego – potrzeby zachowania monopolu totemu „pracodawcy”, nawet kosztem zysków. W całej grze chodzi bardziej o realną władzę – utrwalenie status quo - aniżeli o materialne jej atrybuty.

Nie ukrywam, że moim źródłem dla tych refleksji był marksistowski blog therealmovement (np. ten wpis - zwłaszcza od sekcji „Full employment” and superfluous labor time). Ale jaką by nie przyjąć perspektywę – wyzysk jest faktem – prymitywiści wolnorynkowi zawsze powtarzają, że warunkiem zatrudnienia prola jest to, że ma on/ona przynosić „pracodawcy” przychody większe od kosztów zatrudnienia. Redukcja wymiaru pracy jawi się zatem jako największe zagrożenie dla status quo kapitalistycznego podziału zasobów/dochodów, ponieważ ogranicza ramy dla wyzysku. Żeby to zobrazować metodą ad absurdum – kiedy kapitalistom uda się zautomatyzować całą produkcję, utną jednocześnie gałąź, na której oparty jest ten model produkcji (brak wyzysku), ponieważ prole nie będą w stanie kupić ich produkcji.

Niektórzy marksiści, nie bez podstaw zresztą, w powrocie do utopii  wizji Keynesa – radykalnego zmniejszenia wymiaru pracy - widzą drogę do zmiany modelu organizacji gospodarki, wykraczającej znacznie poza to, co proponuje JG.  Chodzi o to (jak można sądzić), że ten krok wykreowałby natychmiast deficyt siły roboczej (przy założeniu konsekwentnego egzekwowania ekstra wypłat – 150-200% - za nadgodziny), czego skutkiem byłoby wstrząśnięcie systemem, które z jednej strony miałoby szansę na pogrzebanie konceptu „naturalnej” stopy bezrobocia, a z drugiej byłoby narzędziem zaprzęgnięcia kapitalistów do pożytecznych działań - inwestycji w kierunku substytucji pracy proli i odejścia od tworzenia gównianych posad, które istnieją wyłącznie z uwagi  na nad-dostępność siły roboczej. Jeśli chcieć pójść dalej – w przyszłości ułatwiłoby to z kolei substytucję samych kapitalistów – kiedy w obliczu rozwinięcia potencjału produkcyjnego (i dostosowania aspiracji klasy średniej do realnych zasobów Planety) poleganie na żądzy zysku jako fundamentu dla organizacji systemu, mającego służyć dostarczaniu racjonalnie uzasadnionej ilości dóbr populacji, przestałoby mieć sens. (Kapitalistyczna organizacja modelu produkcji opiera się na koncepcie wbudowanej słusznej i "sprawiedliwie" należnej renty od „kapitału”; tylko co to jest właściwie ten „kapitał”? Prymitywiści wolnorynkowi utożsamiają to podświadomie z czymś w rodzaju zasobu pieniądza towarowego, co oczywiście prowadzi na manowce; bardziej pomocnym wydaje się być zdefiniowanie tego fantomu jako zdolność do mobilizacji finansowych IOU oparta na wierze, że mobilizacja ta zapewni możliwości dalszego generowania zysków (zdolności do akumulacji większej ilości finansowych IOU w wyniku pewnych procesów), np. w oparciu o know-how, strukturę kontaktów biznesowych opartych na zaufaniu czy wzajemnych sieciach zależności, zdolności do lobbingu, czy całego zestawu czynników subiektywnych, jak potencjał „marki” itd.  Patrząc jednak na to z punktu widzenia fiat money i orientacji produkcji na wartość użytkową, „kapitał” staje się na pewnym etapie czymś co w buddyzmie określane jest przez  termin maja (z perspektywy Zen byłoby to coś w rodzaju kolejnej warstwy maja wewnątrz "standardowej" iluzji maja). Od dawna faktem jest nad-akumulacja, stąd większość aktywności „kapitału” koncentruje się w obszarze M=>M+ (pozyskiwaniu większej ilości pieniądza z samego pieniądza, z pominięciem działalności produktywnej w ogóle); oczywiście przyjmując optykę neoliberalną aktywność M=>M+ ma jak najbardziej sens w przeciwieństwie np. do zapewniania wysokiej jakości usług publicznych finansowanych deficytem budżetowym. Zresztą, neoliberalna organizacja gospodarki prawdopodobnie już teraz w większym stopniu promuje ograniczanie wytwórczości aniżeli jej rozwój; niestety nie wydaje się to być motywowane troską o zasoby naturalne, dla których marnotrawstwa kapitalizm stwarza szczególnie dobre warunki, traktując je po prostu jak każdy inny towar i zakładając, że właściwa cena rynkowa zawsze rozwiąże problem ewentualnych deficytów dostępności surowców, tak, jak gdyby Planetę obchodziły finansowe IOU.

Mitchell (i inni MMT-erzy) – nieco  w opozycji do podejścia zasobowego czy „rozsądnej wartości użytkowej produkcji” – współczesnych problemów doszukuje się w zjawisku niedo-zatrudnienia (underemployment) tj. sytuacji, kiedy jednostka zatrudniona jest w wymiarze niższym niż by tego chciała, czyli najczęściej sytuacji zatrudnienia poniżej standardowych 40 h/tyg. Rozwiązaniem tej bolączki wg. MMT ma być rzecz jasna automatyczna interwencja fiskalna w postaci wspomnianej państwowej gwarancji zatrudnienia JG. W narracji tej pomijany jest jednak często fakt, że ta „chęć” do pracy wynika najczęściej po prostu z niemożliwości utrzymania się z zatrudnienia w niepełnym wymiarze. W rozwiązaniu MMT brakuje, jak dla mnie, tego elementu – ustanowienia gwarantowanego zatrudnienia z wynagrodzeniem living wage WRAZ z jednoczesnym wyznaczeniem wzorca zmniejszonego wymiaru pracy dla uczestników Programu, na początek np. 30 h/tydz, który miałby szanse rozprzestrzenić taki standard w całej gospodarce. A połączone efekty gwarancji zatrudnienia i ustawowej (czy zainicjowanej przez uwzględniającą ten element wersję JG) redukcji wymiaru pracy mają duże szanse wygenerować efekt synergii, jeżeli chodzi o cel zaangażowania kapitalistów do pro-produktywnej aktywności. Zmniejszenie dostępności siły roboczej w kombinacji z podatkami od „grzechu” – w tym od ekstrawaganckiej konsumpcji (np. progresywne opodatkowanie metrażu nieruchomości mieszkalnych) – może ukierunkować PKB w kierunku aktywności bardziej kompatybilnych z limitami zasobów nieodnawialnych, z jednoczesnym zbudowaniem wsparcia dla dolnych decyli dochodowych. Interwencja fiskalna JG z pominięciem kwestii alokacji produktu krajowego nie ma wbudowanego mechanizmu, który odnosiłby się do ekscesów konsumpcyjnych, mogących być skutkiem napompowania zysków kapitalistów (i ich „przeciekania” do wyższej klasy średniej), ponieważ zorientowana jest głównie na „odzyskanie” PKB utraconego w wyniku aplikacji NAIRU. Nawet jeśli stanowiska w JG będą skalibrowane jako carbon-neutral, dochodowe efekty spill-over nie podlegają już takiej kontroli.

(Oczywiście ani MMT, podatki od „grzechów” ani redukcja czasu pracy nie stanowią podejścia, które mogłoby w sposób naprawdę skuteczny rozwiązać problemy środowiska, zasobów nieodnawialnych, GO czy energii; do tego potrzebna jest znacznie poważniejsza mobilizacja. Tutaj można obejrzeć dość niepokojącą prezentację n/t związku między zużyciem energii a PKB – po francusku z angielskimi napisami).

Każde państwo (a przynajmniej takie, które emituje własną walutę) „stać” jest zarówno na JG jak i redukcję czasu pracy najemnej; chociaż oczywiście akceptowalny poziom życia przy zmniejszeniu zagregowanej liczby roboczogodzin (które będzie zresztą znacznie mniej niż wprost proporcjonalne do redukcji ustawowego wymiaru pracy – kapitaliści mogą przecież zatrudniać proli dotychczas bezrobotnych lub płacić extra za nadgodziny) łatwiej zapewnić będzie w krajach wysoce uprzemysłowionych, posiadających nadwyżki mocy produkcyjnych. Ale ponieważ mamy wolne przepływy kapitału, kapitaliści w poszukiwaniu zysków powinni zareagować globalnie i bez zbędnej zwłoki na tego typu sygnały. (Tutaj warto dodać, że nie należy kupować memów, że krajowy kapitał jest w jakimkolwiek stopniu lepszy dla proli, zamieszkujących taki kraj; wręcz przeciwnie: kapitaliści z krajów wysoko rozwiniętych często wprowadzają lepsze - mniej pracochłonne - metody produkcji, co czyni wyzysk bardziej znośnym, a w dalszej perspektywie stanowi czynnik ułatwiający powszechną redukcję czasu pracy.)

Nieobecność dyskusji o redukcji czasu pracy można wytłumaczyć tylko tym, że żyjemy w neoliberalnym maja, sterowani przez fantomy takie jak „kapitał”, „pracodawca”, „PKB” czy „podatnik”, których moc sprawia, że umysł blokuje lekcje z przeszłości realnego świata. Kiedyś prole gotowe były przelewać krew w walce o 8-godzinny dzień pracy – i jakoś się udało, po czym system oparty na wyzysku odnotował niespotykane wcześniej stopy wzrostu. Aby wykazać wyższość kapitalizmu nad gospodarką centralnie sterowaną w Polsce neoliberałowie epatują tabelami, pokazującymi ile więcej jajek, aut, telewizorów itd. można kupić teraz niż np. w 1990 r., podczas gdy nikt nie stawia pytania: ile czasu musiał pracować standardowy prol w 1990 (czy w 1988 albo 1975), aby się utrzymać na powierzchni, a ile czasu pracować musi obecnie? Czy będzie różnica? Jeśli tak, to prawdopodobnie raczej na niekorzyść dla dzisiejszych proli.

Parę wieków wcześniej - zdaniem niektórych (po polsku w skrócie tu) – deficyt siły roboczej wywołany przez dżumę dał impuls do wejścia na nowy poziom rozwoju (inne przykłady korelacji wysokich wynagrodzeń/deficytu siły roboczej  z przyspieszeniem wdrażania postępu technologicznego tu). Rzecz jasna, mając świadomość korzyści deficytu siły roboczej, nie chcemy zrealizować zaplanowanej masakry istniejącej populacji proli; deficyt taki można bez problemu wykreować „sztucznie” i bezkrwawo. Obecnie, ponieważ w krajach rozwiniętych nadmierna rozrodczość nie jest już problemem (zresztą ku utrapieniu emerytalnych doomsayerów zafiksowanych w pętli „sfinansowania” emerytur), być może nadszedł czas na innego rodzaju terapię szokową - poprzez zesłanie na współczesnych kapitalistów „plagi” ustawowej redukcji czasu pracy, aplikując tym razem „organizatorom produkcji” przyspieszoną lekcję darwinizmu społecznego (darwinizmu o odwróconym wektorze wobec dziś obowiązującego, wyznaczonym tym razem przez interes generalnej populacji); w końcu jaka jest inna motywacja dla tolerowania renty kapitalistycznej (stopy zwrotu z „kapitału”) niż to, że realne korzyści modelu kapitalistycznego w zakresie zagospodarowania zasobów dla potrzeb populacji przewyższają koszty tej renty? (Oczywiście szczepionka ta może nie zadziałać, jeśli nie zostanie zaaplikowana bardziej raczej niż mniej globalnie; inaczej kapitaliści, aby obejść wyzwanie deficytu siły roboczej będą uciekać w off-shoring; w tym, trzeba przyznać, leży największa słabość takich idei, przy założeniu braku powrotu do otwartego protekcjonizmu.) I niechaj będzie to darwinizm z ludzką twarzą, gdzie najlepsi (w znaczeniu: najpożyteczniejsi) kapitaliści przetrwają, a do pozostałych wyciągnijmy pomocną rękę w postaci gwarancji zatrudnienia.

 

 

 

 



środa, 17 lutego 2016

Blog miał NIE być kontynuowany, jednak w drodze wyjątku kilka uwag jako próba "domknięcia" wątku, zasygnalizowanego w poprzednich wpisach, a dotyczącego tematu kredytów tzw. frankowych'; zagadnienia, które zamiast doczekać się solidnej analizy opartej na faktach, stało się inspiracją i magnesem dla publikowania wszelkiego rodzaju pseudo-ekonomicznej szarlatanerii, ze wszystkich, zarówno tych uwikłanych w konflikt interesów, jak i jedynie obserwujących sprawę stron.

Żeby uporządkować: na wstępie warto dostrzec aspekt makro całego problemu, powstrzymując się na chwilę od wzajemnego wskazywania palcem winnych całej tej, mającej dość poważne skutki makroekonomiczne w skali kraju, sytuacji. Należy bowiem zdawać sobie sprawę, że utrzymujące się za sprawą słabej kondycji PLN (zwłaszcza wobec CHF) zjawisko deflacji długu, obejmujące setki tysięcy gospodarstw domowych, może determinować kondycję całej gospodarki w bardzo długim terminie.

Jak to działa? Praktycznie całość pieniądza w obiegu gospodarczym powstaje jako efekt kredytu – kredytu prywatnego i tzw. długu publicznego. Spłata kredytu (w przypadku „długu” publicznego dokonywana poprzez nadwyżkę budżetową) powoduje destrukcję czy anihilację tak wytworzonego pieniądza. Warunkiem praktycznie sine qua non wzrostu gospodarki kapitalistycznej jest przyrost agregatów pieniądza (o wzroście szybkości jego cyrkulacji, co mogłoby być remedium, możemy w zasadzie zapomnieć – przynajmniej w obecnych warunkach podziału dochodu narodowego, nierównościach oraz środowiska deflacyjnego). Uruchomione podczas boomu mieszkaniowego kredyty, w tym w dużej mierze „frankowe”, bez wątpienia były istotnym czynnikiem utrzymania efektu „zielonej wyspy”(z uwagi prawdopodobnie na to, że hossa na nieruchomościach w PL nie zdążyła przybrać formy bańki spekulacyjnej, a następujący po kryzysie z 2007/08 r. spadek cen nieruchomości przybrał bardzo łagodną formę). Należy pamiętać, że wykreowany w kredycie pieniądz krąży – tzn. występuje pewien efekt mnożnika (z pewnością trudny do precyzyjnej oceny) – wykreowana suma może wygenerować po drodze wielokrotną kwotę dochodów (nabywca płaci deweloperowi, ten wykonawcy, ten pracownikom, którzy z kolei kupią towary w sklepie, który zapłaci dostawcom i pracownikom itd.). Końcem tej „drogi” pieniądza na rynku krajowych dóbr będzie spłata jakiegokolwiek kredytu, ale obieg pieniądza może również zostać „zamrożony” w postaci jakiejś formy długoterminowych oszczędności, lub napędzić inflację aktywów finansowych, zamiast dawać sygnały popytowe producentom, czy „wyciec” z obiegu krajowego, jeżeli będzie wydany na import.

Każda spłata kredytu sprawia, że pieniądz „znika”. Jednak w przypadku wzrostu rat kredytów fx, w warunkach deprecjacji PLN, pieniądz będzie „znikał” z rynku krajowego w znacznie szybszym tempie. Dlaczego? Ponieważ elementem wbudowanym w ten kredyt był zakład na rynku forex – gra o sumie zerowej. Czyli: wielkość siły nabywczej, którą każdego miesiąca utraci polski kredytobiorca na skutek deprecjacji PLN względem CHF będzie stanowić identyczny zysk po stronie podmiotów (i pośredników), które zaangażowały się świadomie w grę na rynku forex, zakładając spadek wartości PLN. Można zgadywać, że zdecydowana większość tych podmiotów wyda bardzo niewielką część swoich zysków (jeżeli w ogóle) na terenie RP. Trudno mi oszacować potencjalne straty w PKB, nie znając wartości mnożnika, ale zakładając wzrost średniej miesięcznej raty np. o 800 zł (względem daty zaciągnięcia kredytu) mamy roczną kwotę drenażu w wysokości 6,7 mld; ogólna szybkość obiegu pieniądza w Polsce kształtuje się na poziomie bodajże 1.5, i zakładając taką wartość mielibyśmy do czynienia z ubytkiem PKB, wynikającym tylko z samego drenażu poprzez wyższe raty kredytów fx, na poziomie 0,67% PKB (przy czym wartość czy stosunek zadłużenia do dochodów, pomimo rosnących rat, może wcale nie spadać, co też będzie istotnym czynnikiem, kształtującym bieżące i przyszłe zachowania czy „strategie” gospodarstw domowych; rzeczywiste skutki  mogą być bardziej dotkliwe w przypadku, gdy na tendencję wzrostu rat kredytów fx nałoży się generalny trend odwrotu od zaciągania kredytów, w tym na potrzeby mieszkaniowe).

Ale gdzie się podziewa ta siła nabywcza? Czy to nie przypadkiem banki zlokalizowane w Polsce, udzielające kredytów fx, nie były beneficjentami wzrostu kursu CHF (nie „przejęły” siły nabywczej utraconej przez „frankowiczów”)? Wydaje się, że nie.

Jak próbowałem argumentować w jednym z poprzednich wpisów, banki w Polsce udzielały kredytów indeksowanych, jednocześnie zabezpieczając swoją pozycję walutową (przed ryzykiem spadku wartości CHF) instrumentami typu swap. W miarę upływu czasu coraz więcej szczegółów tych operacji przenika do mediów. Dzisiaj wiemy, że jako zabezpieczenie pozycji walutowej, wynikającej z udzielonych kredytów indeksowanych do CHF, banki w Polsce stosowały swapy w tym m.in. (czy głównie) kontrakty CIRS. Transakcje te polegały na tym, że bank w Polsce (Bank P) zaciągał pożyczkę CHF od banku zagranicznego (Bank Z), oprocentowaną wg. LIBOR, a sam jednocześnie udzielał Bankowi Z pożyczki w PLN oprocentowanej wg. Wibor. Pożyczki takie podlegały zwrotowi w kwocie nominalnej instrumentu (w określonych datach – tu brak szczegółów na jakie okresy zawierane były takie kontrakty).

Jaki to miało sens? Otóż obie strony zajmowały pozycje krótkie na korespondujących walutach: i tak Bank Z pożyczone PLN zamieniał natychmiast np. na CHF, a przed terminem zapadalności instrumentu CIRS dokonywał transakcji odwrotnej,  kupując PLN po to, żeby zwrócić pożyczkę wziętą od Banku P. Jeżeli, dajmy na to, taki kontrakt CIRS zawarto w 2008 przy kursie 2pln/1chf, z terminem zapadalności w 2015 (4pln/chf) Bank Z odkupił w 2015 pożyczone złotówki za połowę ceny (realizując zysk w wysokości 50%). (Oczywiście w praktyce Bank Z najprawdopodobniej wykonywał jedynie zlecenia dla innych podmiotów w jakimś, zapewne globalnym, łańcuchu spekulacji na forexie – w tej notce jednak chodzi tylko o przedstawienie generalnej zasady mechanizmu). Bank P (który z kolei pożyczone CHF zamienił na złotówki, po czym musiał odkupić CHF dwa razy drożej) odnotuje stratę w identycznej wysokości. Ale należy zauważyć, że strata Banku P będzie automatycznie skompensowana wzrostem wyceny aktywów, którymi są udzielone na krajowym rynku kredyty indeksowane do CHF (wartość zadłużenia kredytobiorców "frankowiczów" wzrośnie). Dodatkowo Bank P dzięki CIRS-om uzyskiwał dochody odsetkowe liczone nie na podstawie niskiego oprocentowania Libor+marża ale „normalnego” Wibor (od drugiej strony transakcji CIRS) (+ marża zgodnie z umową z polskim kredytobiorcą); (pomijając już extra dochody ze spreadów, ubezpieczeń czy innych opłat, którymi udało się bankowi P obciążyć krajowych kredytobiorców).

Reasumując – można w uproszczeniu stwierdzić, że cały „produkt” zwany kredytem frankowym składał się z 2-ch elementów: kredytu (kreującego nowy depozyt - oczywiście w PLN – jak ~99+% kredytów udzielanych w Polsce) oraz zakładu na rynku forex.  Banki „P” uzyskiwały dochody z odsetek – tak jak z „normalnych” kredytów złotówkowych, ale także zyski z dodatkowych, towarzyszących  kredytom fx narzędzi jak np. spready; bonusem była także zapewne możliwość „napompowania” zdolności kredytowej tych, którzy stanowili „target” tej ekspansji sprzedażowej. Tym niemniej należy zauważyć, że – przy założeniu 100%-owego hedżowania pozycji walutowej (tj. kwota swapów była równa kwocie udzielonych kredytów) banki w Polsce nie zarabiały na wzroście kursu CHF – ta pozycja była dla nich neutralna. Banki P byłyby w takim wariancie jedynie pośrednikiem – czy jak można by powiedzieć „sprzedawcą” - zakładów, które funkcjonalnie zawierane były pomiędzy jakimiś, zainteresowanymi zabawą na forexie, podmiotami, obstawiającymi spadek wartości PLN, a polskim kredytobiorcami, których interesowała z kolei kwestia płacenia niższych rat czy większa zdolność kredytowa, nie zaś spekulacja i którzy „partnerami” do gry w forex stali się niejako „przy okazji”.

Żeby podsumować jeszcze raz cały mechanizm kredytów fx: banki w Polsce prawdopodobnie rzeczywiście pożyczały CHF (jeżeli uznać CIRS za transakcję wzajemnej pożyczki międzybankowej), ale oczywiście nie po to, żeby za pomocą tych CHF udzielić następnie kredytów „frankowych” w Polsce (gdzieś spotkałem się nawet z tekstem, w którym jakiś „ekspert” wyjaśniał, że w Polsce nie było dostatecznej ilości depozytów, żeby rozwinąć akcję kredytową na odpowiednią skalę i stąd pojawiły się kredyty „frankowe”(sic!). Celem tych operacji było zabezpieczenie ryzyka walutowego – ryzyka spadku wartości CHF i co za tym idzie spadku wyceny aktywów. Czy zabezpieczenie to obejmowało całość czy tylko część kredytów fx, czy wynikało z przepisów prawa, regulacji KNF, decyzji zarządów lokalnych czy centrali zagranicznych – o tych rzeczach będziemy mieli zapewne okazję dowiadywać się stopniowo, w miarę jak będzie zwiększał się nacisk społeczny czy polityczny zorientowany na rozwiązanie tego dość poważnego problemu drenażu siły nabywczej.

Jakie wnioski można wyciągnąć z tych faktów? Obiektywnie taki stan rzeczy oznaczałby niestety, że możliwości wprowadzenia regulacji mających na celu istotną pomoc osobom uwikłanym w tę grę przy okazji realizacji swoich aspiracji mieszkaniowych (która pozbawia ich i pozbawiać będzie prawdopodobnie przez długie lata, dużej części siły nabywczej) są dość ograniczone (zyski ze spekulacji fx nie wylądowały w ogóle w bilansach banków w Polsce, lub co najwyżej tylko w pewnym zakresie; oczywiście pozostaje kwestia arbitralnie przyjmowanych tabel „spreadów”, które w świetle powyższych faktów wydają się po prostu narzędziem do generowania czystego zysku bez jakiegokolwiek odpowiednika kosztów po stronie banku P,  czy sprawa niedozwolonych zapisów w umowach).

Po tej prezentacji stanu faktycznego (czy przynajmniej zbliżonego do faktycznego) można podjąć próbę „wskazywania palcem winnych” – aczkolwiek niewiele to zmieni w aspekcie możliwości naprawy bieżącej sytuacji. Co gorsza, klimat informacyjny nie sprzyja zaabsorbowaniu lekcji, którą należałoby wyciągnąć z całego zjawiska kredytów fx, które było raczej symptomem przyjętego modelu gospodarczego, aniżeli błędem po stronie instytucji czy menadżerów tych instytucji. Zrozumienie przyczyn i mechanizmów tych procesów pozwoliłoby na podjęcie kroków w kierunku realnych zmian systemowych w przyszłości; niestety, jak na razie mamy do czynienia z prymitywną grą interesów, w której nikt nie wydaje się być zainteresowany analizą faktów (ani tym bardziej sensowną zmianą modelu gospodarczego). I tak banki w Polsce, broniąc swoich interesów, utrzymują, prawdopodobnie zasadnie, że ich pozycja na CHF była neutralna, a mimo to nie są skłonne do publikacji szczegółowego przebiegu operacji, zapewne z uwagi na fakt, że ich rola w całym procederze sprzedaży wiązanej zakładów fx nie była, mówiąc delikatnie, do końca pasywna. Rozsądni kredytobiorcy „frankowi” słusznie domagają się respektowania prawa w zakresie niedozwolonych klauzul i kwestionują zasadność „spreadów”, ale jednocześnie całej kampanii towarzyszy chaos informacyjny – rzucane na oślep hasła zorientowane na hurtową dyskredytację instytucji finansowych w Polsce, czy ataku na fantowego wroga w postaci systemu „frakcyjnej” kreacji pieniądza w ogóle. Padają zarzuty, że banki nie miały franków tak, jak gdyby banki w ogóle potrzebowały depozytów do udzielenia kredytu. Całość grzęźnie w monetarystycznych miazmatach.

Oczywistym winnym wydaje się być KNF – kto jak kto, ale nadzór finansowy powinien posiadać wiedzę, pozwalającą ocenić potencjalne negatywne makroekonomiczne skutki kredytów fx dla całej gospodarki narodowej. Adekwatnym działaniem powinien być odpowiednio wcześnie wydany zakaz sprzedaży „produktów”, będących połączeniem kredytu mieszkaniowego czy konsumenckiego (ostrzeżenia byłyby wystarczające dla podmiotów gospodarczych, które z natury podejmują ryzyko rynkowe celem maksymalizacji zysku, a nie celem realizacji podstawowych potrzeb) z  zakładem na rynku forex. Tak się jednak nie stało. Jeżeli jednak spojrzeć na cały model państwa, działającego według recepty neoliberalnego konsensusu waszyngtońskiego – leseferyzm KNF przestaje dziwić. Od lat 1980-tych wzorcem modelowego rozwoju jest deregulacja, a już szczególnie istotnym elementem jest „uwolnienie” sektora finansowego, który w obliczu spadających płac i zyskowności sektora produkcyjnego, ma wypełnić lukę i podtrzymać wzrost PKB, co jest niezbędne z punktu widzenia sensu zachowania kapitalistycznego modelu gospodarczego w ogóle.  W środowisku, gdzie każdy rodzaj zysku jest „dobry” (bez względu na społeczną przydatność aktywności gospodarczych, zaangażowanych w jego generację) takie zjawiska, jak masowy drenaż finansowy oparty na eksploatacji aspiracji ludzi do zaspokojenia ich podstawowych potrzeb (w tym przypadku potrzeb mieszkaniowych) należy traktować jako normę – symptom przyjętego modelu gospodarczego. Na nic zda się się bicie piany w postaci hipotetycznego wytypowania kilku odpowiedzialnych za bałagan kozłów ofiarnych; bez zmiany filozofii darwinistyczny system rynkowy znajdzie nowe metody eksploatacji mas, ubezwłasnowolnionych przez neoliberalne voodoo.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20