NOWY BLOG - MMT od podstaw

Pracownia ekonopatologii - blog para-ekonomiczny w klimacie fusion ;-)

Blog > Komentarze do wpisu

#56 - Brutalny atak marksistów na MMT!

 

Do tej pory na terytorium tego bloga starałem się przedstawiać argumenty w jaki sposób logika makro zaadoptowana przez MMT obnaża słabości narracji fundamentalizmu neoliberalnego, który pogrąża świat w miazmatach "zdrowych" finansów Państwa, i jednocześnie, poprzez zasłonę mema money as veil, pacyfikuje wszelkie próby zorientowane w kierunku demokratycznego modelu podziału dochodu narodowego. Posiadając narzędzie myślenia abstrakcyjnego w postaci zrozumienia endogenicznej natury pieniądza, obrona konceptów MMT przed atakiem ze strony monetarystycznej ortodoksji nie jest niczym trudnym – przynajmniej na teoretycznym poziomie walki idei (gorszym problemem do rozwiązania – zadanie prawdopodobnie na dekady - będzie eliminacja monetarystycznych memów ze świadomości elektoratu). Ostatnio jednak natrafiłem na dość brutalną krytykę MMT (czy w ogóle post-keynesizmu [PK]) z całkiem innej strony – z poziomu ortodoksji marksistowskiej. I tym razem muszę przyznać, że czuję się nieco bezradny, tj. trudno mi jest zaprzeczyć pewnej (niejako równoległej do myślenia MMT, ale o przeciwstawnym wektorze) logice, którą angażuje marksista Jehu na swoim blogu.

Mój level ogarniania marksizmu to może 2/10, stąd na tym etapie trudno mi określić, w jakim stopniu pozycja Jehu odzwierciedla podejście całego nurtu czy też oryginalną narrację Marksa, tym niemniej spróbuję zarysować na czym polega ten, dla mnie dość zaskakujący (ale i w pewnym stopniu odświeżający) atak na siły skupione pod sztandarem PK. Generalnie problem sprowadza się do tego, że PK (w tym MMT) próbuje szukać idei, które byłyby w stanie naprawić kapitalizm (czyli system oparty o prywatną własność środków produkcji, pracę najemną oraz organizację procesów w gospodarce na bazie wartości wymiany – cen rynkowych), podczas gdy bezkompromisowe podejście marksistowskie uważa to za stratę czasu; prawdziwym celem jest (czy powinno być) uwolnienie ludzi z opresji pracy najemnej (która jest jedynym źródłem zysków i instrumentem umożliwiającym eksploatację populacji) i wprowadzenie ekonomii zorientowanej na wartość użyteczną produkcji.

Wstępem do zrozumienia marksizmu (czy w ogóle systemów gospodarczych innych niż działające w oparciu o motyw zysku) jest rozróżnienie pomiędzy wartością wymiany a wartością użyteczną. Kapitalistyczna metoda organizacji procesów w gospodarce za podstawę przyjmuję tę pierwszą wartość: kryzys powstaje nie skutkiem tego, że niemożliwa jest produkcja materialnego bogactwa w ogóle, ale dlatego, że niemożliwa staje się produkcja tego bogactwa dla ZYSKU (czyli posługując się tzw. rachunkiem ekonomicznym). Jest to niewątpliwie prawdziwe spostrzeżenie: podczas typowego kryzysu w kapitalizmie (najczęściej posiadającego podłoże finansowe) nic złego nie dzieje się ze środkami produkcji (potencjałem wytwórczym) – nie następuje nagła anihilacja maszyn czy umiejętności pracowników, przysłowiowe kury nadal się niosą a krowy dają mleko, bez względu jak nisko nie spadłyby na notowania WIG czy S&P czy jak wysokie nie byłoby zadłużenie. Przyjęciu zysku, jako jedynego kryterium uzasadniającego produkcję (czy, w coraz większym stopniu determinującego działanie także innych sfer życia społecznego– vide tworzenie mechanizmów emulujących rachunek ekonomiczny w publicznej służbie zdrowia, co z góry determinuje niepełne wykorzystanie realnych dostępnych zasobów ludzkich i materialnych) towarzyszyć będzie nieuchronnie patologiczna, z punktu widzenia wartości użytecznej, alokacja nakładów, w tym pracy (np. drenaż ludzi o ponadprzeciętnych zdolnościach przez sektor finansowy, ogromna rzesza ludzi zaangażowana w działania marketingowe, które nijak nie przekładają się na stworzenie realnej wartości dodanej itp.; Jehu podaje źródła opracowań, które szacują, że nieproduktywne – z marksistowskiego punktu widzenia - zaangażowanie siły roboczej w USA wynosi ponad 50%! - oznacza to, ni mniej ni więcej, że możliwe byłoby utrzymanie obecnego wolumenu produkcji – czyli zapewnienie identycznej dostępności realnych dóbr i usług przy redukcji wymiaru pracy do circa 20h tygodniowo!).

Monetarystyczny leseferyzm, który jest aktualnie dominującym punktem odniesienia dla polityki gospodarczej, nie widzi problemu w sytuacji, kiedy realnie istniejący potencjał wytwórczy leży w dużej części odłogiem; w optyce "wartości wymiany" przyjmuje się, że jest to "naturalne", bez względu na to, jakie będą faktyczne skutki takiej sytuacji dla danej populacji. Inaczej mówiąc – z uwagi na dogmaty, mające na celu bezwzględną ochronę pewnego katalogu zasad wolnorynkowej ortodoksji, dostępny realnie poziom wartości użytkowej produkcji nie będzie praktycznie nigdy osiągnięty. Brutalność tego podejścia będzie najbardziej widoczna podczas kryzysu finansowego, kiedy to tendencje delewarowania obniżają próg opłacalności i skutkują spadkiem wolumenu produkcji, a ortodoksja zakazuje wszelkich działań fiskalnych zorientowanych na wypełnienie luki popytu, pomimo, że nic się nie zmieniło w realnym potencjale wytwórczym, oprócz tego, że z uwagi na załamanie kredytu, jego wykorzystanie stało się NIEOPŁACALNE (czyli nie jest możliwe osiągnięcie optimum zysków przy większym wykorzystaniu mocy produkcyjnych).

Receptą MMT na tego typu kryzys są wyższe deficyty budżetowe, które – w warunkach typowych właśnie dla obecnej sytuacji makroekonomicznej (bezrobocie, niepełne wykorzystanie zdolności produkcyjnych) – będą w stanie przesunąć punkt opłacalności produkcji, a przez to doprowadzą do zwiększenia wykorzystania istniejącego potencjału, a za tym do wzrostu zatrudnienia (a jednocześnie do poprawy poziomu zagregowanych zysków). Z równania zysków Kaleckiego płynie podobna konkluzja – zakładając constans stanu zadłużenia prywatnego, Δ deficytu budżetowego będzie mieć bezpośrednie przełożenie na zyski w skali makro. Wnioski będą podobne, jeżeli zastosujemy logikę marksistowską: wzrost zatrudnienia (zagregowanego zaangażowania pracy najemnej) w wyniku interwencji fiskalnej musi skutkować zwiększeniem zysków (które mają źródło w zawłaszczeniu wartości dodanej płynącej z reżimu pracy najemnej). Zasadnicza różnica leży w całkowicie odmiennej interpretacji całego równania makro, a raczej wynikających z niego skutków: w narracji marksistowskiej wzrost zysków (czy zatrudnienia) wcale nie oznacza postępu czy choćby poprawy sytuacji – a jedynie zwiększenie intensywności eksploatacji siły roboczej.

Z tego punktu widzenia flagowa propozycja MMT - program gwarancji zatrudnienia - jest regresywna – ponieważ utrwala system wyzysku oparty na pracy najemnej. Podobnie negatywna będzie jakakolwiek interwencja fiskalna, ponieważ osłabia motywację kapitalistów do poszukiwania metod bardziej efektywnej produkcji, głównie przez substytucję pracy najemnej – czyli powstrzymuje dokładnie to, przez co kapitaliści mieliby sami sobie zbudować pułapkę, która dałaby impuls do ostatecznego końca kapitalizmu, o czym więcej za chwilę. Wg. Jehu nad-akumulacja kapitału, która nastąpiła w latach 1920-tych była zwieńczeniem trendu malejących zwrotów z kapitału, dokładnie jak to przewidywał Marks: wolumen zakumulowanego kapitału stał się tak duży, że zyskowność spadła do poziomów, które uczyniły dalszy rozwój produkcji nieopłacalnym. Konsekwencją tego był Wielki Kryzys lat 1930-tych – co było objawem tego, że kapitalistyczny model organizacji gospodarki osiągnął swój limit, a sam Kryzys normalnie powinien stać się, teoretycznie, początkiem końca takiego modelu organizacji gospodarki. Interwencja "keynesowska" – w postaci New Dealu, a przede wszystkim odejście od wewnętrznej wymienialności waluty (US$) na złoto – był to w rzeczywistości przewrót, mający na celu wyłącznie podtrzymanie kapitalizmu w punkcie, gdzie system ten, po osiągnięciu stanu nad-akumulacji w dotychczasowych warunkach (reżimu pieniądza towarowego) nie byłby po prostu w stanie przetrwać. Stąd – w interpretacji Jehu – "faszystowskie państwo" (tj. sposób organizacji społeczeństwa mający na celu tylko i wyłącznie ochronę interesów klasy kapitalistów) uciekło się do instrumentu pieniądza fiducjarnego (fiat money) po to tylko, aby umożliwić podtrzymanie najważniejszego motywu napędzającego aktywność w kapitalizmie – czyli zysku. Obecnie nad-akumulacja osiągnęła stopień nieporównywalnie wyższy niż w l.1920-tych, i stąd też do podtrzymania produkcji opartej na logice systemu kapitalistycznego niezbędne są coraz większe deficyty budżetowe.

Drugą sprawą istotną w marksizmie jest oczywiście wyróżnienie w ogólnych nakładach pracy najemnej dwóch składników: czasu pracy społecznie niezbędnego do wytworzenia danego dobra, oraz czasu dodatkowego; ten drugi składnik stanowi wartość dodatkową – czyli zysk kapitalisty. Kapitalistyczny model produkcji polega na wydłużeniu czasu pracy ponad tę społecznie niezbędną, przy danym poziomie rozwoju technologicznego, wartość. Konkurencja pomiędzy zatrudnionymi prowadzi do sytuacji, gdzie celem zapewnienia sobie środków utrzymania pracownik stara się (pod przymusem ekonomicznym) pracować wydajniej (lub dłużej); oczywiście podobną strategię zmuszeni są przyjąć wszyscy inni członkowie klasy pracującej, w rezultacie czego rośnie jedynie wartość dodatkowa, podczas gdy realne wynagrodzenia stoją w miejscu lub spadają (co jest notabene obserwowalnym faktem w rozwiniętych gospodarkach kapitalistycznych od 40 lat). Dlatego też marksizm identyfikuje pracę najemną jako w zasadzie wystarczający warunek do spontanicznego zaistnienia (a następnie dominacji) kapitalizmu; siłą rzeczy, celem zmiany ustroju, koniecznością jest odejście od tego modelu organizacji pracy. Z tego wynika też dalej idący wniosek, że w momencie osiągnięcia stanu pełnej automatyzacji produkcji osiągnięcie zysku byłoby niemożliwe, co oznacza, że kapitalistyczny model organizacji gospodarki straciłby sens (oczywiście możliwe byłoby nadal lokalne generowanie zysku w procesach spekulacji na aktywach, jednak dla kapitalistów jest to gra o sumie zerowej).

Aby przyspieszyć cały proces samo-degradacji kapitalistów potrzebne są, wg Jehu, tylko dwie rzeczy: zrównoważenie budżetu i ustawowe skrócenie czasu pracy; resztę działań niezbędnych do wypełnienia warunków dla demontażu systemu wyzysku wykonają sami kapitaliści. Plan jest taki, że rewolucja komunistyczna (czyli tym samym koniec reżimu pracy najemnej) wymaga zaawansowanego stanu rozwoju bazy wytwórczej (która ma być uwolniona z rąk kapitalistów celem właściwego jej wykorzystania – czyli takiego, które maksymalizuje wartość użyteczną produkcji, zamiast zysku) stąd największe szanse powodzenia będzie miała w krajach rozwiniętych. Najprostszą drogę do realizacji kluczowej zmiany Jehu upatruje w polityce zmniejszania normatywnego czasu pracy, co skłoni kapitalistów do pogłębienia substytucji pracy ludzkiej poprzez zwiększenie nakładów na techniczne uzbrojenie produkcji i jej automatyzację, co z kolei otworzy następnie możliwość dla przejęcia tak rozwiniętej bazy wytwórczej na potrzeby nowego modelu – komunizmu. Czyli – ograniczanie dostępności pracy najemnej będzie swego rodzaju trickiem – sposobem, żeby "nabrać" kapitalistów tak, aby sami stworzyli doskonałe warunki, w których brak potrzeby ich istnienia stanie się oczywisty dla zdecydowanej większości proletariatu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że logika ta jest uzasadniona, przynajmniej na na pewnym poziomie abstrakcji: w momencie, kiedy dysponujemy, jako społeczeństwo, realną bazą wytwórczą, która pozwala na wypełnienie postulatu "każdemu według potrzeb" staje się oczywiste, że tzw. kapitał nie ma już żadnego znaczenia (w neoliberalnej narracji kapitał stoi na piedestale jako niezbędny "motor" napędzający produkcję; w rzeczywistości są to jedynie "punkty" – czyli wygenerowane elektronicznie salda denominowane w określonej walucie - ich zgromadzenie w odpowiednio dużej ilości + zdolność ich użycia celem dalszego ich pomnażania  w obecnym systemie determinuje przebieg zdarzeń tylko dlatego, że takie są arbitralnie przyjęte zasady gry; przy czym organizacja produkcji będzie tylko jedną z metod osiągnięcia celu jakim jest zysk). W tym momencie nastąpi osiągnięcie prawdziwej wolności – zgodnie z mottem na blogu Jehu: "komunizm to nic innego jak wolny czas" (Communism is free time and nothing else). (można eksplorować jeszcze głębiej to motto: czas jest dla każdego ultymatywną walutą, której nie można ani wydrukować ani wykopać spod ziemi – tymczasem w środowisku pracy najemnej i przymusu ekonomicznego często trwonimy to bogactwo nadane nam w bardzo ograniczonej dawce na czynności nie mające, z szerokiej perspektywy społecznej, żadnego sensu, albo wręcz wprost szkodliwe).

Pomimo, że MMT to ekonomia "burżuazyjna" (tzn. z zasady nie kontestująca kapitalizmu), istnieje pewna zbieżność narracji: z punktu widzenia celu publicznego – abstraktu silnie eksponowanego w MMT – kapitaliści są społeczeństwu potrzebni tylko na tyle, na ile warte są ich zdolności organizacji procesów produkcyjnych; na ile lepiej mogą wykonać tę robotę od centralnych planistów, feudalnych bonzów, kooperatyw, spółdzielni itp. W momencie, kiedy kapitaliści nie będą już w stanie nic wnieść w kierunku ulepszenia organizacji produkcji, logicznie rzecz biorąc, z punktu widzenia dobra społeczeństwa, ustaną przesłanki do utrzymywania systemu prywatnej własności środków produkcji i iluzji wolnego rynku.

Ale, ale... diabeł często tkwi w szczegółach; w pewnych momentach płynność narracji Jehu, jak dla mnie, zrywa się. Jak przyznaje on sam – szanse zasadniczej zmiany (ustrojowej) uzależnione są w dużej mierze od uniwersalnego zaistnienia samo-świadomości proletariatu przekraczającej granice państw – lokalny eksperyment może być z łatwością zduszony przez międzynarodowy kapitał, co do tego nie ma wątpliwości (chociaż są wyjątki, wymagające jednak dużej dozy samowystarczalności, opartej na dostępie do surowców, bądź też, ostatecznie, odpowiednio dużej determinacji – np. Kuba). W realu obserwujemy raczej rozwój odmiennej dynamiki – m.in. pod wpływem tego, co się wylewa z mass mediów - klasa pracująca wydaje się podzielona jak nigdy wcześniej – nie tylko według linii wyznaczanych przez granice państw narodowych (np. proletariusze niemieccy, niestety, w większości, mówiąc bez ogródek, pogardzają greckimi), ale i według podziałów grup zawodowych (specjaliści-"mrówki" vs. "koniki polne" którym "nie chciało się uczyć w szkole"), sektorów (budżetówka "przejadająca" podatki ściągane z prekariatu) itd. Bardzo trudno wyobrazić sobie skoordynowaną akcję tych podzielonych grup (chociaż np. dobrze zorganizowana pan-europejska kampania na rzecz skrócenia wymiaru pracy – na początek do 30 h/tyg – mogłaby dać początek wspólnej platformy). W związku z tym pojawia się pytanie: ile lat – może nawet ile generacji – trzeba poświęcić bojkotując koncepty lewego skrzydła ekonomii "burżuazyjnej", żeby doczekać się w końcu realnych przemian?

Np.: zaangażowanie bezrobotnych poprzez interwencję fiskalną w postaci programu gwarancji zatrudnienia (JG) stanowi niezaprzeczalnie postęp w stosunku do stanu obecnego; ceteris paribus – JG finalnie oznacza co prawda większe zyski dla kapitalistów, ale jednocześnie zapewnia dochody ludziom, którzy ich dotąd nie w ogóle nie posiadali (np. bezrobotni w warunkach polskiego reżimu "pomocy" socjalnej). Fakt - JG nie jest krokiem w kierunku definitywnego zakończenia ery kapitalizmu, ale z drugiej strony jakie są realne szanse, że poprzez tolerowanie patologii bezrobocia (wynikające z pryncypialnego bojkotu keynesowsko-burżuazyjnej interwencji fiskalnej) osiągniemy w jakiś wymierny sposób przyspieszenie narodzin uniwersalnej świadomości proletariatu dla potrzeb zakończenia systemu wyzysku? Inna sprawa: Jehu twierdzi, że zrównoważony budżet wcale nie musi oznaczać pogorszenia sytuacji ubogich – po prostu cały socjal zostawiamy bez zmian, za to tniemy tam, gdzie transfery idą bezpośrednio do biznesu (np. zamówienia publiczne), czy podwyższamy opodatkowanie geszeftów. Ale, w rzeczywistości, sytuacja zbilansowanego budżetu oznacza pewny wzrost bezrobocia, niezależnie od tego, jak starannie sprofilować by taką akcję fiskalną. W efekcie osiągnięcie zbilansowanego budżetu będzie przypominać ściganiem się z cieniem – każde cięcia czy podwyżki podatków będą zwiększać rzeszę ludzi wymagających pomocy socjalnej. Zachowanie standardów życia klasy pracującej w takich warunkach jest utopią; jedyną motywacją takiej strategii może być przyspieszenie wybuchu społecznego – sprowokowanie rewolucji; ale kto wie - taka spirala wyścigu do dna może trwać dekady, a efektem wcale nie musi być zjednoczony i świadomy proletariat – bardziej prawdopodobnym kolorem sztandaru buntu będzie brunatny raczej niż czerwony.

Jest jedna, rażąco prostacka (epitet zapożyczam od źródła – simpleton economists - tak Jehu określa ludzi m.in. spod znaku PK) rzecz w opowieściach Jehu: bezrefleksyjne zaadoptowanie monetarystycznego podejścia do inflacji. Marksizm ma niezaprzeczalny wkład w zrozumienie dynamiki realnych procesów zachodzących w kapitalizmie w sferze pracy i produkcji, jednak wydaje się, że często błądzi w temacie identyfikacji roli i natury pieniądza. Jehu stoi na stanowisku, że są dwie metody pozwalające na kontynuację eksploatacji klasy pracującej w warunkach kryzysu kapitalizmu: brutalna i bezpośrednia - poprzez nominalne obniżki wynagrodzeń (Grecja) albo ukryta, "keynesowska" – poprzez interwencję fiskalną, która niezmiennie powoduje inflację; czyli "ukryte" obniżki realnych płac. W tym momencie Jehu porzuca logikę i wybiera kompromitację poprzez ideowy alians z najbardziej reakcyjnym i regresywnym elementem współczesnej ekonomii – propagatorami bulionizmu (czy prymitywnego monetaryzmu). Podejrzewam, że ignorowanie racjonalnego podejścia do zjawisk inflacyjnych jest zmotywowane wyłącznie chęcią (czy żądzą) dokopania "burżuazyjnym" post-keynesistom za wszelką cenę (ja po prostu nie wierzę, że ewidentnie rozgarnięty gość jak Jehu, tkwi mentalnie w prymitywizmie ilościowej teorii pieniądza).

Koncepty Jehu mogą wydawać się szokujące, zwłaszcza dla tych, którzy incydentalną wiedze o naturze kapitalizmu czerpią z serwisów opanowanych w 99% przez mix fundamentalistów wolnorynkowych z pseudo-keynesistami ubranymi w monetarystyczny kaftan bezpieczeństwa. Ja muszę przyznać, że generalna logika takiego trochę agresywnego marksizmu (pomijając wspomniane kwestie interpretacji inflacyjnych skutków systemu monetarnego fiat i praktyczne skutki zbilansowanych budżetów) na mnie działa w sposób odświeżający i pobudzający myślenie. W zasadzie jedynym czynnikiem decydującym o wyborze pomiędzy generalną twardą narracją marksistowską a progresywnym post-keynesizmem będzie to, czy wierzymy w możliwość pozytywnej ewolucji modelu kapitalistycznego – systemu opartego na prywatnej własności środków produkcji i pracy najemnej. Jak na razie każdy dzień przynosi bardzo trudne testy dla takiej wiary.

Tymczasem ja zasubskrybowałem się do bloga Jehu, pomimo tego, że trudno znaleźć bardziej bezceremonialny i agresywny atak na moją ulubioną MMT :-P



sobota, 25 lipca 2015, sen.halaer

Polecane wpisy

Komentarze
2015/08/10 20:10:18
Witam. Jestem marksistą i w ostatnim czasie z uwagą studiuje MMT - na razie w formie popularnej - na blogach, przeczytałem także książkę Moslera. Uważam Twoje intuicje w dużej mierze za słuszne - sam po pobieżnej lekturze odnoszę wrażenie, że neoczartalistowska teoria pieniądza mogłaby być bardzo użytecznym zamiennikiem chyba już przestarzałej towarowej teorii pieniądza z Kapitalu i stanowić istotny komponent ewentualnej lewicowej/socjalistycznej strategii. Wydaje mi się również, że może mieć istotny wpływ na marksistowską teorię imperializmu, pokrywając się z intuicjami R.Luksemburg i towarzysza Lenina ;) Prawdopodobnie będę pisał artykuł na ten temat. Nie mam czasu aby skomentować konkretniej Twoją polemikę z tym blogerem, jednakże wydaje mi się, że należy on do ultralewicowego (zdaniem samych marksistów) obozu Andrew Klimana, który dość literalnie trzyma się nie do końca aktualnych tez Marksa i moim zdaniem promuje niezbyt racjonalną strategię "przejścia" do socjalizmu. Mogę rozwinąć ten wątek, jeżeli znajdą się zainteresowani. Generalnie sądzę, że obecnie marksizm dzieli się na dwa obozy - pierwszy, który w mniejszy lub większy sposób dokonuje syntezy z postkeynsizmem - czyli głównie ci opierający się na opisywanym przez ciebie Kaleckim i grupy skupionej wokół czasopisma Monthly Review (Sweezy, Magdoff, Foster - Amin ? ), także blisko ma do nich Husson i rzecz jasna słynny Warufakis. Druga grupa związana jest właśnie z Klimanem i innymi ekonomistami, których nie znam równie dobrze np. Lapavitsas. Oba obozy dzieli podejście do tendencji spadkowej stopy zysku. Pierwsza uważa jej występowanie i oddziaływanie za nieregularne. Druga zaś, moim zdaniem - manipulując, obstaje przy jej ciągłym i decydującym oddziaływaniu na kapitalizm. Konsekwetnie też, przedstawiciele pierwszej grupy są dużo mniej przywiązani do teorii wartości opartej na pracy. Sądzę, że przynajmniej część z nich również powinna dostrzegać korzyści i wartość MMT, aczkolwiek podział ten nie jest linearny - z pierwszego obozu Husson b. mocno obstaje przy laborystycznej teorii wartości i strefie euro - z drugiej strony mamy Lapavitsasa, który był za grexitem i przejściem na drachmę. Enyłej długi temat, jeżeli autor lub ktoś z komentujących byłby chętny do wymiany myśli na linii marksizm - mmt to chętnie wezmę w tym udział.
-
2015/08/10 21:27:48
Hej, Twój koment to bardzo pozytywna nowina, bo już myślałem, że marksiści w PL całkiem wyginęli. Ja wciągnąłem jak na razie jednego głębokiego, mocnego sztacha marksizmu od Jehu tak, że moje ogarnianie tej teorii jest fragmentaryczne, ale muszę przyznać, że oczy otworzyły mi się szerzej na wiele spraw, które dotąd mi umykały. Słowem, jestem pod dużym wrażeniem i w przyszłych wpisach (jeśli będę ciągnąć ten blog) będę siłą rzeczy starać się uwzględnić tę nową dla mnie perspektywę. Być może zacząłem od, jak mówisz, ekstremum, ale to może nawet lepiej dla początkującego silny kontrast pozwala lepiej zauważyć, co jest na rzeczy.
Jakieś formy kolaboracji marksistów z MMT tak czy owak się nawiązują (Wray, Mazzucato). Lapavitsasa często oglądam na YT dużo pasji, ale to raczej wystąpienia pod publikę i więcej polityki niż ekonomii. Reszta ludzi, których wymieniłeś to dla mnie jak na razie tabula rasa. Jak zwykle za mało czasu...
W temacie marksizmu jeśli znasz jakieś przystępne źródła dla początkujących to zapodaj linki. I oczywiście jeśli coś napiszesz pochwal się chętnie przeczytam.
-
2015/08/11 10:28:57
Cześć, marksiści w Polsce jeszcze nie wyginęli, natomiast większość z nas to rozmaitej maści filozofowie, socjolodzy, politolodzy - większość nie ma niestety z tego powodu większego pojęcia o ekonomii, a szkoda bo dla takiej teorii jak marksizm to podstawa. Przez 12 lat słyszałem tylko o jednym marksistowskim ekonomiście - z obozu Sweezy/ Kalecki. Na zachodzie wychodzi sporo publikacji akademickich o marksistowskiej ekonomii - głównie są to rzeczy o funkcjonowaniu i kryzysie kapitalizmu. Z zagadnień pieniężnych i popytowych znam prace A. Trigga i R. Bellafiore np. www.praktykateoretyczna.pl/riccardo-bellofiore-marco-passarella-finanse-i-problem-realizacji-u-rozy-luksemburg-interpretacja-cyrkulatywistyczna/. Generalnie nienajgorsze książki są wydawane u nas przez Książkę i Prasę - Kapitalizm bez znieczulenia Hussona, Kryzys bez końca Bellamy Foster, można je zrozumieć nie mając jakiegoś wielkiego pojęcia o marksizmie, najważniejsze rzeczy są tam w przystępny sposób wytłumaczone. Za kanoniczne wprowadzenie do marksizmu (w sensie ek. politycznej) można uznać Teorię rozwoju kapitalizmu Paula Sweezyego napisaną bodajże w latach czterdziestych - w PL można znaleźć za parę złotych w allegro - przyznam, że sam nie przeczytałem jej jeszcze w całości, ale mogę polecić. Dobrze się czyta również książki geografa (!) Davida Harveya - Limits of Capital, Neoliberalizm - historia katastrofy - bardzo fajna analiza współczesnego kapitalizmu w kategoriach klasowych, bardzo bliska klasycznemu ujęciu Marksa. Można by długo wymieniać, ale moim zdaniem powyższe pozycje dają dość sensowne pojęcie o marksizmie i jego aktualności. Wydaje mi się, że MMT i marksizm mają zbliżone zalety i podobne problemy ( choć to chyba cecha większości nurtów ekonomii heterodoksyjnej) - dość trafnie analizują procesy zachodzące w realnym kapitalizmie, czyli dobrze sobie radzą jako teorie deskryptywne, natomiast problemy sprawia ujęcie normatywne - w tym sensie, że chyba współcześnie brakuje naprawdę przekonujących teorii modelu gospodarczego okresu przejściowego z kapitalizmu do socjalizmu i samego socjalizmu, podobnie chyba nie ma kompletnego i przekonującego modelu zastosowania mmt w praktyce - przynajmniej poza gigantami typu USA. Ja sam zajmuje się trochę tą stroną normatywną - skupiam się właśnie na przeszłych i współczesnych modelach socjalizmu - rynkowych, nierynkowych, planowaniu - centralnym, "demokratycznym", "partycypacyjnym" i ich odpowiedziami na rachunek ekonomiczny, funkcję przedsiębiorczą, innowacyjność itd. Na pierwszy rzut oka wydaje mi się, że MMT mogłaby uprościć znaczące problemy "teorii gospodarki okresu przejściowego" jak to nazywam....głównym problemem dla mnie jest to, że to i cała MMT wydaje się zbyt piękna by być prawdziwa :D Dlatego teraz wciągam się w czytanie i próbuję znaleźć coś co mnie trwale zniechęci ;) Pozdrawiam.
-
2015/08/11 13:38:13
Dzięki za polecane pozycje. Tak się składa, że 2 książki Harveya mam nawet na liście życzeń do kindla (Brief History of Neoliberalism + 17 Contradictions ... - akurat Limits of Capital nie ma w wersji na czytnik) - to pewno od tego autora zacznę, jak tylko znajdę czas.
-
2015/08/11 14:03:02
PS. W sprawie "zniechęcania" się do MMT - oczywiście do tego nie zachęcam, ale na pewno warto wyrobić sobie opinię czytając także rozsądnych krytyków - tutaj poleciłbym M.Lavoie www.boeckler.de/pdf/v_2011_10_27_lavoie.pdf, można też przeczytać krytykę T.Palley www.thomaspalley.com/docs/articles/macro_theory/mmt.pdf, ale wtedy warto też zerknąć na odpowiedzi: www.levyinstitute.org/pubs/wp_778.pdf, czy krótsza dyskusja np. tu: slackwire.blogspot.com/2014/02/a-response-to-tom-palley.html (o potyczkach Palley vs. MMT i Lavoie vs MMT jest zresztą mnóstwo wątków na różnych blogach).
-
2015/08/12 10:32:44
Hej, dzięki za linki, z pewnością zapoznam się z nimi kiedy tylko skończę lekturę twego bloga. Czy mógłbyś coś więcej powiedzieć o Wrayu i Mazzucato ? Na czym polegają ich związki z marksizmem? Co do Harveya, to wymienione przez ciebie książki powinny uwzględniać najważniejsze treści z Limits więc spoko - po za tym ta i inna ksiazke raczej bez problemu sciagniesz za darmo z libgenu - serwisu naszych rosyjskich braci nieprzepadajacych za prawami autorskimi :))
-
2015/08/12 11:29:26
Oj, sorry z Mazzucatto to się chyba zapędziłem - nie wiem dlaczego, ale zakodowałem sobie, że ma marksistowskie korzenie. Ten projekt, który miałem na myśli to kooperacja PKeynesistów i neo-schumpetarian: marianamazzucato.com/2014/03/17/project-members/
-
2015/08/12 15:22:07
Wracając jeszcze do wątku: dobrze, że poruszyłeś rozróżnienie pomiędzy deskryptywnym a normatywnym aspektem czy to w odniesieniu do MMT czy marksizmu jest to bardzo ważne. Normalne jest, że większość ludzi jest znacznie bardziej zainteresowana tym drugim, ale to oznacza z kolei, że pojawiają się niemożliwe do spełnienia oczekiwania wobec samej teorii czy ekonomistów ją tworzących, inaczej: popyt na utopię. Z jednej strony może to być pomocne jako pewien drogowskaz, ale z drugiej ignoruje sferę polityki, konfliktów interesów różnych grup ludzi i wreszcie pomija fakt, że środowisko, w którym chcemy dokonać ewentualnych zmian jest tak złożone, że praktycznie nie sposób z góry przewidzieć efektów.
Tak samo było z kapitalizmem. Oczywiście obecnie obowiązująca wersja jest taka, że jest to system "naturalny" dla organizacji społecznej. Wystarczy jednak poczytać np. Polanyiego czy innych historyków/antropologów (zamiast ludzi, którzy aspirują, żeby urobić ekonomię na kształt fizyki newtonowskiej) żeby zrozumieć, że kapitalizm rodził się w bólach przez kilka wieków (lub przynajmniej kilka dekad jeśli za punkt wyjścia przyjąć A.Smitha), w dużej mierze pod silnym protektoratem rządzących elit (czy Państwa). "Prawdziwy" kapitalizm to jest kolejna utopia, którą fundamentaliści wolnorynkowi przyjęli za swoją wiarę i którą próbują prezentować od zawsze jako stan "naturalny", tymczasem realne zasady gry powstawały w rezultacie żmudnych i permanentnych praktycznych prób dostosowania wizji do uwarunkowań rzeczywistości skomplikowanej organizacji jaką jest społeczeństwo.
Dlatego, moim zdaniem, nie można wymagać od MMT-erów, żeby pisali nam ustawy czy redagowali traktaty handlowe! MMT rzuca kilka pomysłów JG, ZIRP, "zależny" bank centralny i ścisłą kontrolę banksterki reszta należy do nas. Wiedza to krok nr 1, za resztę ludzie muszą wziąć odpowiedzialność. Uważa się np., że MMT oznacza z definicji "duży rząd" w PKB ale to nie jest prawda. W ramach JG np. możemy budować infrastrukturę zielonej energii, albo sprzątać ulice w zależności co ludzie uznają, że będzie dobre itd. Postęp będzie prawdopodobnie zawsze polegał na zasadzie 2 kroki w przód, 1 w tył itd. Podobnie pewno zresztą w przypadku rewolucji komunistycznej można tylko mieć nadzieję, że tym razem, o ile owa nastąpi, procesy dostosowawcze będą bardziej zorientowane na realistyczne społecznie cele. [CDN]
-
2015/08/12 15:27:54
[CD] Jeśli chodzi o normatywność MMT niektórzy uważają, że jest jej za dużo (lub nawet, że nie powinno jej być w ogóle przykładem tego była schizma ludzi z monetaryrealism.com) inni z kolei, uważają, że robi w tym kierunku za mało (pewno do tych zaliczam się i ja, nadając trochę z pozycji Kowalskiego podświadomie wielokrotnie na tym blogu dawałem przykład takich aspiracji). Jeszcze inna grupa określmy ją jako "niedzielnych entuzjastów" zadowala się wizją, że suwerenna waluta fiat załatwia wszystkie problemy.
Dużo ludzi nazwijmy ich sceptykami kwestionuje praktyczne zastosowanie mmt-owego konceptu swobody polityki fiskalnej w warunkach "otwartej gospodarki" głównie chodzi o takie rzeczy jak bilans handlowy, kurs wymiany waluty czy ucieczkę kapitału. Po części takie obawy być może są uzasadnione, po części jest to jednak syndrom TINA. Np. odruchem warunkowym TINA współczesnych socjaldemokracji jest zignorowanie tej alternatywy i przyjęcie programu podwyżki podatków dla bogatych (szukanie pieniędzy) czy jest to bardziej racjonalna strategia niż systematyczna walka o uwolnienie polityki fiskalnej z kaftana bezpieczeństwa nakładanego przez terror agencji ratingowych czy zasady KE lub MFW? Są historyczne przykłady, że pokazanie neoliberałom faka wcale nie musi prowadzić do rezultatów gorszych niż wzorowa aplikacja Konsensusu Waszyngtońskiego (Argentyna, Białoruś, Islandia). W ostatecznym rozrachunku sukces czy porażka będą zależeć od jakości całokształtu polityki. Strach TINA ma wielkie oczy (a dla tych, którzy skutecznie straszą nagroda czeka za obrotowymi drzwiami).
PS. Wracając do Jehu - wydaje się, że jego pozycję na marksistowskim firmamencie jest w ogóle trudno zidentyfikować ostatnio przypuścił atak właśnie na Klimana, o którym wcześniej wspominałeś: therealmovement.wordpress.com/2015/08/09/on-the-irrelevancy-of-andrew-kliman/
-
2015/08/12 17:01:11
Jeszcze o trendzie malejących zwrotów z kapitału. Prosta logika (oparta np. na równaniu Kaleckiego) wydaje się potwierdzać nieuchronność tej tendencji. Chyba na blogu Jehu (czy w linkach) były wykresy konsekwentnie malejących stóp zwrotu na przestrzeni XX w. Ale, w pewnym momencie narracji nie da się uciec przed zdefiniowaniem, co to właściwie jest ten kapitał. Trzeba to pojęcie zidentyfikować, jeśli chcemy dotrzeć do sedna dlaczego np. "musimy" rozwijać czerwony dywan przed międzynarodowym "kapitałem" (bo własnego "nie mieliśmy czasu zakumulować") trzymając proletariat pod butem. Nie możemy zadowolić się tym, że kapitał to salda IOU, w jakkolwiek "twardej" walucie nie byłyby wyrażone. Zagadkę kapitału, jak się wydaje, rozwikłał Sraffa, ale niestety logika konceptu jest trudna i nie bardzo nadaje się do popularyzacji. W skrócie: to właśnie realna wartość kapitału zależy od stopy zysku, co przeczy konwencji, gdzie zyskowność liczymy dzieląc zysk przez arbitralnie przyjętą (z ksiąg rachunkowych?) wartość kapitału. Upraszczanie pojęcia kapitału to powszechna charakterystyka dominującego podejścia (m.in. Piketty). Te rzeczy próbował w sposób przystępny wyłuszczyć S.Keen w "Debunking Economics" - skróty rozdziałów odnoszących się do tych spraw można poczytać tu i tu
-
2015/08/16 16:57:11
W zasadzie zgadzam się z tym co napisałeś powyżej odnośnie deskryptywnych i normatywnych funkcji MMT - podobnie mi się wydaje, że nie jest to jakaś "teoria wszystkiego", co z pewnością chętnie byłoby jej imputowane przez przeciwników, którzy z lubością mogliby skupiać się na jej "redukcjonizmie fiskalnym" - lecz raczej jest zbiorem komponentów, które z różnym powodzeniem mogą być wykorzystane przez marksistów, socjaldemokratów, socjalliberałów czy też prosocjalnie nastawionych konserwatystów. Odnośnie stopy zysków - nie wiem czy z równań Kaleckiego wynika nieuchronnie spadkowa tendencja, musiałbym je przestudiować jeszcze raz - ale intuicja podpowiada mi, że chyba nie do końca bo w końcu autor polemizował z pracami Henryka Grossmana, który w swoim modelu zakładał nieuchronność spadkowej tendencji i implozję kapitalizmu w przeciągu x lat, czy okresów rozliczeniowych. Na wykresy należy uważać, są one niejako główną osią sporą pomiędzy zwolennikami aktualnosci STSZ, a przeciwnikami. Ci drudzy wyodrębniają ze społeczeństwa kastę menadżerską i wliczają ich zarobki do zysków klasy kapitalistycznej, stąd w ich wykresach STSZ czasem występuje czasem nie - w wykresach zwolenników stosowana jest bardziej "konserwatywna" metodologia, stąd chyba zawsze im wychodzi STSZ - a na pewno w przypadku USA.
-
2015/08/16 20:37:59
Interpretacja równania zysków Kaleckiego vs. teoria malejącej stopy zysków będzie zależeć na pewno od tego, jak zdefiniujemy kapitał. Przyjmując najprostszą wersję: zaliczania corocznych zagregowanych wydatków na inwestycje (I) wyrażonych w IOU jako czynnika zwiększającego bezpośrednio wartość kapitału wskazywałoby na nieuchronność trendu. I, moim zdaniem, do pewnego stopnia tę logikę można przyjąć jako generalny drogowskaz, chociaż w realu oczywiście wycena (czy przecena) kapitału (przez rynki) będzie podlegać fluktuacjom pod wpływem wielu chaotycznych czynników, w tym szoków wynikających z innowacji, kryzysów itp (coś próbowałem na temat sklecić we wpisie modernmoneytheory.blox.pl/2014/04/40-Perspektywa-makro-Kalecki-czIII-stopa-zyskow.html. Na pewno "mechanistyczne" podejście nie odda nigdy tych niuansów, ale trendy wieloletnie wydają się, jak dla mnie, potwierdzać, że STSZ jest faktem.
Czy metodologia w/s zaliczenia zarobków menadżmentu do tej czy innej strony równania może mieć decydujące znaczenie? Tego nie wiem - ciekawe czy Kalecki zaliczyłby te pensje jako nadal składnik W w zderzeniu z obecną praktyką wynagradzania co poniektórych CEOs.
-
2015/08/17 22:54:14
Ok przeczytałem ponownie twój mini cykl i przejrzałem książkę Marxian Reproduction Schema: Money and aggregate demant in capitalist economy (Trigg 2006) - faktycznie z równań Kaleckiego można wyciągnąć STSZ, aczkolwiek Trigg zakłada reprodukcja rozszerzona w kapitalizmie opiera się na pieniądzu/kredycie (tj. zwiększeniu wartości BD), co sprawia, że w jego symulacji gospodarka nie doświadcza finalnego crashu nawet po stu latach, ani tym bardziej po trzydziestu jak w modelu Grossmana. Zdaje się, że chyba coś podobnego wywnioskowałeś w mini cyklu. Co do metodologii i menadżmentu - to zależy od założeń, zwolennicy szkoły Monthly Review twierdzą, że żyjemy w kapitalizmie monopolistyczno-finansowym, ponieważ to sektor finansowy jest miejscem, gdzie współczesne oligopolistyczne korporacje realizują zyski wobec nieopłacalności tego procederu w "klasycznych sektorach". W tej perspektywie inkorporacja menadżmentu miałaby sens z dwóch powodów: 1) w perspektywie klasowej rozmaitej maści kierownikom, dyrektorom banków, funduszów hedgingowych etc. zdecydowanie bliżej do kapitalistów niż do całej reszty społeczeństwa 2) Całe te hurr durr wobec finansjalizacji byłoby nieco bezssensu, jeżeli w praktyce nic by nie zmieniało w kontekście STSZ i wcześniejszych faz kapitalizmu : ) Oczywiście nr2 jest trochę pół serio, zasadniczo intuicje Marksa i Grossmana były słuszne, choć chyba nie przewidzieli (tak jak Sweezy), że kapitaliści w zasadzie wolą stagnację, która pozwala im względnie bezpiecznie realizować zyski w sektorze finansowym, niż rozwój gospodarczy, który wymaga coraz więcej nakładów, innowacji, wyzysku, a który oferuje coraz mniej w zamian ; )
-
2015/08/17 23:28:49
Errata - chyba trochę się zagalopowałem równoważąc reprodukcją rozszerzoną wzrostem BD. Trigg użył modelu Domara, w którym kredyt napędza wzrost, mi się automatycznie skojarzyło z BD i perspektywą nieskończonego wzrostu naszego ukochanego systemu, ale logicznie rzecz biorąc wzrost oparty na kredycie może chyba równie dobrze oznaczać zmiany w S(W).
-
2015/08/18 19:34:21
"Trigg użył modelu Domara, w którym kredyt napędza wzrost"
Dokładnie tak jest i w teoretycznym modelu, jak np. program "minsky" Keena, to miałoby nawet prawo działać w sposób dający się podtrzymać w nieskończoność. Tyle tylko, że obecnie strumień pieniądza z kredytu płynie w dużej mierze w kierunku pompowania aktywów nieproduktywnych - zarówno dla I kapitalistów - (jak np. na przejęcia kapitałowe, czy inną żonglerkę istniejącymi aktywami fizycznymi) jak i dla S(w) - bańki na rynku nieruchomości. A tego typu zjawiska będą wcześniej raczej niż później przedmiotem brutalnej weryfikacji zgodnie z biegiem cykli Minskyego.
Dlatego Jehu, słusznie zresztą, przyznaje, że BD jest instrumentem ratowania fazy sfinansjalizowanego kapitalizmu, która jest po prostu logicznym zwieńczeniem tego sposobu organizacji gospodarki. Zrównoważenie budżetu (zakładając bilans obrotów zagr. </=0) przyniosłoby w krótkim czasie załamanie systemu (o ile w ogóle okazałoby się wykonalne w praktyce państw rozwiniętych o ujemnym saldzie handlowym). Pytanie: czy tego chcemy albo raczej czy już teraz tego chcemy.
-
2015/08/19 12:52:11
No, w przeciwieństwie do mnie udało Ci się zgrabnie ująć istotę rzeczy. Doszedłem do podobnych wniosków, które zresztą wczoraj przedstawiłem na pseudowykładzie dla grupki osób. Problem właśnie na odpowiedzi - albo "kroplówka" i reformy, które nie wiadomo jak długo przetrwają (vide polityczne aspekty pełnego zatrudnienia) albo "im gorzej tym lepiej" i potem się zobaczy.
-
2015/08/19 16:44:33
Jest jeszcze hipotetycznie dostępna "trzecia droga": radykalna regulacja sektora finansowego (do nacjonalizacji włącznie, jeśli zajdzie potrzeba), tak, żeby maksymalnie zawęzić kapitalistom opcje "inwestowania pasywnego", próbując w ten sposób wymusić odrodzenie klimatu dla fabrykantów (oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby towarzyszyło temu wspieranie regulacji na rzecz adekwatnych do poziomu rozwoju płac).
Problem w tym, że taka akcja, żeby była naprawdę skuteczna, wymaga koordynacji międzynarodowej o podobnym zakresie jak globalny podatek od "bogactwa". Jednocześnie uwolnienie niektórych wiodących gospodarek z finansowej narośli to także początkowy spadek dominującego wskaźnika "sukcesu" czyli PKB. Tak, że perspektywy dla tego typu rozwiązań nie przedstawiają się zbyt optymistycznie.
-
2015/08/20 13:30:19
Zgadza się, niezależnie od tego czy jesteśmy za regulacjonizmem, czy za przejściem do postkapitalistycznego reżimu produkcji wymaga to koordynacji (i zarazem walki) na szczeblu międzynarodowym oraz rezygnacji z filozofii "doganiania" państw wysokorozwiniętych przez kraje takie jak Polska.