NOWY BLOG - MMT od podstaw

Pracownia ekonopatologii - blog para-ekonomiczny w klimacie fusion ;-)

Blog > Komentarze do wpisu

#55 - Bankowa kreacja pieniądza a perspektywy kapitalizmu

[uwaga: ten post należy do kategorii "luźne dygresje" – treści nie należy wykorzystywać jako źródła odwołań do stanowiska czy integralnej części teorii MMT]

Jako suplement do posta #52 (bankowa kreacja pieniądza)  parę słów o tym, jakie są właściwie implikacje przyjęcia rzeczywistego opisu systemu gospodarki monetarnej w miejsce iluzji money as veil. Warto zdać sobie sprawę, że niesie to ładunek znacznie wykraczający poza dyskusję akademicką; jest to kwestia fundamentalna: każda legislacja z obszaru polityki makroekonomicznej, która ignoruje faktyczną dynamikę zjawisk monetarnych, potencjalnie, prędzej czy później, oznacza poważne kłopoty. Problem w tym, że mniej więcej od narodzin kapitalizmu – I połowy XIX w. - i nadal obecnie - polityka jest pisana na bazie różnych teorii, których cechą wspólną jest pomijanie kredytowej natury pieniądza.

Pieniądz jest instrumentem dłużnym i ten fakt nie jest wcale cechą charakterystyczną wyłącznie dla współczesnego środowiska fiat money, walut fiducjarnych o płynnym kursie. Dla sektora bankowego z zasady nie ma przeszkód czy ograniczeń, żeby kreować pieniądz – nową siłę nabywczą w dowolnej ilości – także w reżimie np. standardu złota, czy w sytuacji braku ustanowionego przez Państwo banku centralnego (banki komercyjne mogą równie dobrze, w środowisku laissez faire, do wzajemnych rozliczeń ustanowić własną instytucję rozliczania i wzajemnej kompensacji transakcji; jedynym efektem ubocznym byłby standard cyklicznie powracających bank runs, bankructw, przepadku depozytów itp.).

System oparty na pieniądzu posiada wbudowany konflikt interesów: wierzyciel vs. dłużnik. Jednak wbrew powszechne przyjętej narracji transfer nie polega na tym, że na początku procesu stoi posiadacz oszczędności, któremu kredytobiorca płaci wynagrodzenie w postaci odsetek. Wszystko zaczyna się właśnie od dłużnika: żeby ktoś odłożył oszczędności, ktoś musi wcześniej zaciągnąć kredyt.

Każdy system monetarny (fiat, płynne kursy czy parytet, stałe kursy) posiada wbudowany element narastającej z czasem sprzeczności interesów, konfliktu sił, które działają w przeciwnych kierunkach: oczekiwań w zakresie zwrotu z kapitału (pieniężnego) vs. możliwości obsługi kredytów przez dłużników. Brak mechanizmów rozwiązujących ten problem będzie prowadził do okresowych załamań systemu.

W historii powszechnym rozwiązaniem były regularne czy jednorazowe umorzenia długu. W starożytności (np. Mezopotamia od ~2400 p.n.e. do ok. 1400 p.n.e.; np. tylko za panowania Hammurabiego miały miejsce 4 epizody "wyczyszczenia" ksiąg; także Egipt w ostatnim tysiącleciu p.n.e., Asyria w pierwszym tysiącleciu n.e.) działania te były wręcz zinstytucjonalizowane, umocowane w obowiązującym prawie. Odejście od stosowania tych mechanizmów prowadziło w konsekwencji do załamania dotychczasowego modelu gospodarczego – np. w Mezopotamii dynamika niekontrolowanego zadłużenia spowodowała koncentrację posiadania ziemi oraz masowe niewolnictwo. Anulowanie długów występowało także w czasach nowożytnych, ale już raczej jako akcje sporadyczne czy doraźne np. w 1821 w USA częściowe umorzenie długów farmerów, czy zagraniczny dług Niemiec po II WŚ (1953). Jednocześnie stopniowe odchodzenie od bezwarunkowej ochrony wierzycieli (która w czasach dawnych wymuszała konieczność zaprzedania siebie, czy członków rodziny, w niewolę na poczet spłaty długu, w okresach późniejszych – a gdzieniegdzie jeszcze nadal  - sankcje karne dla dłużników w systemie prawnym – Debtors' Prisons) złagodziło w dużym stopniu destrukcyjne procesy wynikające z kumulowania się długów. Możliwość bankructwa – firm ale także osób fizycznych (czy odmowa spłaty zadłużenia zewnętrznego przez kraj nie skutkująca zbrojnym najazdem wierzycieli) – są zdarzeniami, które lokalnie przerywają niemożliwą do podtrzymania spiralę procentu składanego.

Obecnie jednak, mając na uwadze doświadczenie Światowego Kryzysu Finansowego jest jasne, że należy zacząć robić znacznie więcej. Działania redukujące zadłużenie powinny przyjąć postać zinstytucjonalizowaną. Do współczesnego Debt Jubilee (w skrócie – niedyskryminacyjnego zasilenia pieniądzem rachunków wszystkich obywateli z jednoczesnym wymogiem priorytetu użycia tych środków na spłatę długów) wzywa w manifeście Steve Keen , ale to jest akurat przykład jednorazowej, dość rewolucyjnej (i oczywiście słusznej) inicjatywy. W tym wpisie chciałem bardziej skupić się na tym, jakie znaczenie nadaje dynamice narastającego długu rzeczywisty mechanizm kreacji pieniądza (zachodzącego w akcie udzielenia kredytu w systemie bankowym) oraz wysnuć garść refleksji w zakresie zmian możliwych (mniej więcej) w ramach obecnego paradygmatu, które miałyby szanse złagodzić (bądź optymistycznie – całkowicie zlikwidować) problem.

Jako podstawę do wnioskowania przyjmuję, że gospodarka kapitalistyczna funkcjonuje w oparciu o motywację do osiągania zysków (a nie "uczestniczenia w swobodnej wymianie dóbr i usług", jak chcieliby to widzieć fundamentaliści wolnorynkowi); dlatego też celem podążania ścieżką rozwoju (czy może raczej wzrostu) wymaga stałego przyrostu agregatu pieniądza. Wynika to chociażby (pośrednio) z równania zysków Kaleckiego. Jednocześnie realna perspektywa wskazuje, że pieniądze na rachunkach nie biorą się znikąd – do obiegu dostarczają je kredytobiorcy. W obecnym paradygmacie powszechny jest tymczasem obraz systemu, w którym jednostki obdarzone czy kierujące się "cnotą" oszczędzania, odkładają pieniądze na lokatach i w ten sposób pojawiają się "uwolnione" środki, które następnie firmy mogą pożyczyć np. na inwestycje. Stąd oszczędzający postrzegają się (i, co gorsza, są również przedstawiani w powszechnym przekazie) jako fundament całego systemu, a przez to czują się usankcjonowani do oczekiwań uzyskiwania "odpowiedniego" wynagrodzenia za swoją "cnotę". W efekcie za "uczciwą" normę przyjmuje się środowisko, w którym stopa zwrotu ze 100%-owo bezpiecznych "inwestycji" (gwarantowane lokaty, obligacje kraju emitenta własnej waluty) jest co najmniej równa inflacji, a najlepiej odpowiednio większa. Z czego należy sobie zdać sprawę: w gospodarce opartej na pieniądzu spełnienie czy instytucjonalne wspieranie takich oczekiwań jest drogą do kolejnego kryzysu, a w dłuższym terminie do upadku albo degeneracji systemu, np. w plutokrację, faszyzm czy cokolwiek innego równie nieprzyjemnego.

Rzeczywisty obraz systemu jest taki, że to kredytobiorcy dostarczają pieniądza "oszczędnym". Dodatkowy problem polega na tym, że obecnie tymi pierwszymi są najczęściej zwykli ludzie z klasy pracującej, którzy np. kupują mieszkanie na kredyt, a tymi drugimi korporacje, których rachunki puchną od pieniędzy. W tej grze drobni ciułacze są jedynie narzędziem budowania szerokiego wsparcia społecznego (koalicji opartej na iluzji pozornej zbieżności interesów) dla modelu, który obsesyjnie stojąc na straży wartości pieniądza, służy w praktyce ochronie interesów wierzycieli i rentierów. Kontynuacja takich trendów będzie prowadzić do pogłębienia patologii podziału dóbr, o czym ciułacze przekonają się na własnej skórze, ale dopiero post factum.

Kapitalistyczny system gospodarczy, aby działać, potrzebuje rosnącego wolumenu pieniądza, a tego pieniądza dostarczają kredytobiorcy. Współczesna organizacja kapitalistycznej gospodarki monetarnej generuje siły, działające we wzajemnie opozycyjnych kierunkach: z jednej strony – potrzebny jest przyrostu agregatów pieniądza, z drugiej – następuje kumulowanie się długów (przy czym kredyt rzadko wspiera inwestycje produktywne, dające szanse na jego spłatę z przyszłych zysków), z trzeciej wreszcie – organizujemy cały ustrój finansów państwa według priorytetu zachowania wartości pieniądza i kapitału. W dłuższym terminie to nie może się udać.

Moim zdaniem, jeżeli w ogóle myślimy o podtrzymaniu mechanizmu pozwalającego funkcjonować gospodarce kapitalistycznej (generować zyski), potrzeba skorygować paradygmat w co najmniej dwóch kluczowych obszarach. Po pierwsze należy dążyć do osiągnięcie takiego stanu, w którym kreacja pieniądza odbywa się "minimalnym kosztem". Obecnie koszty i to wysokie, spadają w dużej mierze na niezamożne czy średniozamożne gospodarstwa domowe, np. na ludzi aspirujących do posiadania mieszkania – to oni fundują, mniej czy bardziej bezpośrednio, imponujące salda korporacyjnych kont gotówkowych czy spekulantów działających na rynkach finansowych. Państwo również w pewnym sensie ponosi takie "koszty" - w przypadku kiedy płaci za "pożyczki" więcej, niż wynosi stopa inflacji (w praktyce, dla Państwa – suwerennego emitenta nie jest to "koszt"; jest to przyjęty mechanizm, którego efektem ubocznym jest pewna redystrybucja realnego bogactwa/dochodów). Ale dobrze zorganizowane Państwo (i najlepiej posiadające suwerenną walutę) będzie praktycznie zawsze miało lepszą pozycję negocjacyjną jeżeli chodzi o koszt kredytu (pomijając już opcję, obecnie teoretycznie zabronioną, modelu finansowania wydatków bezpośrednio przez Bank Centralny). Co jest w tym wszystkim istotne: aby kapitalizm się "kręcił", musi zwiększać się kredyt – nie ważne, czy kreacja pieniądza nastąpi w sektorze prywatnym czy publicznym. Jeżeli np. Państwo zdecyduje się podążać drogą polityki "zdrowych finansów" (niskich deficytów i długu publicznego), ten "ubytek" w kreacji nowych aktywów finansowych będzie musiał być uzupełniony przez odpowiednio większy kredyt zaciągany przez gospodarstwa domowe czy firmy (alternatywnie – przez zwiększony eksport). Pewne prawidłowości można przykładowo zaobserwować na podstawie danych z Europy:

 

 

źródło: Servaas Storm & C.W.M. Naastepad  (polecam lekturę całości)

Trudno oczywiście mówić o wprost odwrotnie proporcjonalnych zależnościach, ale nie można nie zauważyć, że najbardziej zadłużone gospodarstwa domowe to te w Danii i Holandii – krajach, które szczycą się jednocześnie niskim długiem publicznym; z kolei we Włoszech – które w wysokości długu publicznego w eurozonie wyprzedza jedynie Grecja - gospodarstwa domowe były relatywnie najmniej zadłużone spośród wszystkich krajów "starej" UE (należy jednocześnie pamiętać, że w eurozonie pierwotnym czynnikiem kształtującym wysokość zadłużenia w poszczególnych krajach są permanentne nierównowagi w wymianie handlowej pomiędzy członkami Strefy, a relatywny poziom zadłużenia będzie wzrastał wraz ze spadkiem PKB zaindukowanym przez politykę austerity). Jedno jest pewne – to właśnie załamanie prywatnego kredytu w następstwie wybuchu kryzysu finansowego prowadzi automatycznie do skokowego wzrostu deficytów budżetu – ponieważ spadek aktywności gospodarczej gwałtownie obniża wpływy podatkowe (co stało się właśnie m.in w Grecji - więcej danych i uwag n/t zadłużenia prywatnego/publicznego w UE zamierzam wrzucić w oddzielnym wpisie).

Jak wspomniałem, dobrze zorganizowane Państwo ma możliwości dostarczania do gospodarki pieniądza przy niewielkim koszcie, a już na pewno niższym, niż ten, który muszą płacić prywatni kredytobiorcy. Dla przykładu: Polska na obsługę długu publicznego płaci rocznie nominalnie odpowiednik 2% PKB. Nie jest to może specjalnie dużo, ale na pewno jest przestrzeń do optymalizacji. Po niewielkich modyfikacjach obecnego modelu ustroju i zasad finansów Państwa (np. prawdopodobnie wystarczyłaby sama deklaracja NBP o gotowości do skupu papierów Skarbu Państwa na rynku wtórnym), te koszty mogą wręcz spaść do 0 (w wymiarze realnym); szczególnie w połączeniu ze zmianami w drugim kluczowym obszarze – zrewidowaniu (zliberalizowaniu) monetarystycznej ortodoksji w podejściu do stabilności cen, o czym za chwilę. Mając zdolność "pożyczania" za darmo (należy zauważyć, że w wielu rozwiniętych krajach zarówno teraz, jak i przeszłości rentowność obligacji była realnie zerowa czy ujemna) Rząd powinien przejąć na siebie większą część "kosztu" kreacji pieniądza, uwalniając w ten sposób stopniowo sektor prywatny od ponoszenia niewspółmiernie większych obciążeń wynikających z kosztów obsługi kredytu komercyjnego. Równie istotne jest to, że Państwo jest "kredytobiorcą anty-cyklicznym", tzn. "pożycza" mniej (lub czasem nawet "oddaje" – czyli zabiera pieniądz z sektora prywatnego) podczas boomu, a więcej podczas recesji, co łagodzi amplitudy cykli koniunktury. Oczywiście do przyjęcia modelu "minimalizacji kosztów ekonomicznych kreacji pieniądza przez kredyt" konieczne byłoby usunięcie przeszkód w postaci regulacji (czy samoregulacji) uniemożliwiających czy ograniczających taką strategię (progi długu, traktaty-zobowiązania do fiskalnej dyscypliny, cele stawiane przed bankiem centralnym itp.). Wszystko to, rzecz jasna, nie odnosi się do długów Państwa zaciąganych w walutach obcych – tych najlepiej w ogóle unikać.

Drugim obszarem wskazanych zmian jest podejście do kwestii inflacji – potrzebne jest istotne poluzowanie celu. Jak widać, lata monetarystycznej ortodoksji w tym przedmiocie doprowadziły obecnie do stanu deflacji. Sedno problemu, jaki stwarza deflacja, wbrew popularnym przekonaniom, nie leży w tym, że konsumenci wstrzymują się od zakupów a firmy od inwestycji w oczekiwaniu na dalsze spadki cen. Istota leży w dynamice długu – kiedy mimo spłat realna wartość długu nie spada lub wręcz rośnie (zobrazowaniem jest przykład "kredyciarzy" frankowych). Przyczyną spadku konsumpcji/inwestycji będzie zatem rosnące obciążenie długiem lub/i jego obsługą (nie zaś "racjonalne oczekiwania" dalszego spadku cen). Dlatego też deflacja oznacza gwałtowne przyspieszenie procesów degradacji gospodarki monetarnej, opisanych wcześniej. Pamiętać należy, że całość agregatu pieniądza jest efektem długu – w tym w przeważającej części długu prywatnego – i dlatego też skala problemu, jaki stwarza deflacja jest ogromna.

Wprowadzenie ujemnych stóp jest mało praktycznym rozwiązaniem (podmioty, które mają taką możliwość, po prostu zamienią depozyty czy obligacje na gotówkę). W związku z tym, celem spowolnienia czy odwrócenia tendencji wzrostu zadłużenia (wyrażonego w wartościach realnych, nie nominalnych), szczególnie prywatnego, niezbędne jest (moim zdaniem) ustanowienie (i realizacja) wyższych niż obecne celów inflacyjnych (np. 5-7%). Chodzi generalnie o to, aby odwrócić "nachylenie boiska", które obecnie sprzyja wierzycielom, na takie, które ułatwi redukcję długu w wymiarze realnym (w stosunku do rzeczywistych dochodów). W mojej opinii najlepszym tego środkiem byłyby daleko idące zmiany w regulacjach rynku pracy, zorientowane na zwiększenie siły przetargowej pracowników (np. znaczne zwiększenie wsparcia socjalnego bezrobotnych, co byłoby jednocześnie jednym z kanałów, poprzez które zwiększone deficyty dostarczałyby nowego pieniądza do gospodarki), ale także bezpośrednia interwencja w postaci ustanowienia minimalnego wynagrodzenia godzinowego w wysokości 15-20 zł/h. Jednocześnie cały czas należałoby utrzymywać niskie stopy (ale przy znacznym zaostrzeniu regulacji w zakresie oceny zdolności kredytowej, tak, aby stopniowo "tańszy" czy "darmowy" w obsłudze dług publiczny zastępował kredyt prywatny jako generator pieniądza koniecznego do podtrzymywania kapitalistycznego modelu gospodarczego), a ewentualnych korekt dokonywać poprzez instrumenty polityki fiskalnej. (Docelowo wprowadzony powinien być program rządowej gwarancji zatrudnienia, o którym szczegółowo było w poprzednich wpisach).

Ważna rzecz - dlaczego utrzymywanie niskich stóp % jest niezmiernie istotne: jeżeli stopa wzrostu PKB jest wyższa od stóp % dług ZAWSZE ustabilizuje się na pewnym określonym poziomie, bez względu na wielkość deficytów budżetowych. Można się o tym przekonać zapoznając się z artykułem S.Fullwilera  (tabela nr 5): np. zakładając nominalny wzrost PKB na poziomie 6%, przy początkowym zadłużeniu = 50% PKB, przy stopie% = 1 (realnej – czyli 1% powyżej inflacji i przy opodatkowaniu zysków kapitałowych 20%) i corocznym deficycie = 6%, poziom długu ustabilizuje się po 85 latach przy kosztach obsługi = 0,92% (przy czym ja osobiście optowałbym za realną stopą = 0%, co oczywiście przyspieszyło by znacznie osiągnięcie wielkości stabilnych). Analiza ta udowadnia, że stosunkowo wysokie deficyty mogą być jak najbardziej możliwe do utrzymania W NIESKOŃCZONOŚĆ (tzn. nie występuje tu, z zasady, dynamika wzrostu geometrycznego długu), nawet pomijając już możliwości finansowania wydatków bez generowania wierzytelności dla sektora prywatnego w ogóle (jak np. częściowe czy całkowite finansowanie przez bank centralny). Warunkiem jest utrzymywanie odpowiednio niskich stóp (albo/i umiarkowanej, zamiast ekstremalnie niskiej, inflacji), co w reżimie kraju-suwerennego emitenta waluty – jest kwestią wyłącznie decyzji politycznej.

Dobrze dobrana kombinacja zmian w tych dwóch obszarach miałaby szanse doprowadzić do zatrzymania tendencji wzrostu zadłużenia (zwłaszcza w pierwszym rzędzie, co istotne, prywatnego) w stosunku do PKB, przy jednoczesnym zachowaniu warunków do utrzymania aktywności gospodarczej na wysokim poziomie. Ponadto zmiany oznaczałaby poprawę pozycji dłużników względem wierzycieli, co dawałoby nadzieje na odwrócenie niekorzystnych tendencji w nierównościach dochodowych/majątkowych. Ceną byłoby – z punktu widzenia czynników społeczno-ekonomicznych – umiarkowana (wyższa niż obecnie) inflacja oraz pogorszenie ochrony oszczędności ciułaczy; ceną "polityczną" byłby wysiłek konieczny do demontażu przekonań elektoratu w zakresie długu publicznego, inflacji, roli państwa, "śfiętości" niezależnego banku centralnego itp. wbudowanych w świadomość przez 25-35 lat neoliberalnej indoktrynacji – wszystko to przy jednoczesnym samo-skazaniu się na banicję z mediów mainstreamu, odcięciu się od możliwości, które zapewnia symbioza polityki z biznesem (revolving door) itd.

Realizm niestety wskazuje, że ani politycy ani elektorat (polski czy w ogóle w Europie) nie zdobędą się na poniesienie nawet takich śmiesznych - w stosunku do potencjalnych korzyści – kosztów, potrzebnych do transformacji w kierunku nieco lepszego modelu kapitalizmu, w związku z czym nie "wstrzymuję oddechu" oczekując na jakiekolwiek zmiany. Pozostaje mi pisać moje bezużyteczne notki spokojnie obserwując postępującą stagnację i czekając na moment, kiedy system po raz kolejny imploduje w sposób "naturalny".

PS. Można zgadywać, jaką gotową ripostę w odpowiedzi na problemy dynamiki pieniądza kredytowego mają bulioniści – złoto jako pieniądz wolny od długu. Pomijając już skrajną niepraktyczność powrotu do barteru na obecnym stadium rozwoju, bulionizm nie oznacza automatycznie zakazu kredytu (tzn. chyba nie oznacza – nie mam niestety wystarczająco dużo wolnego czasu na zgłębianie tej filozofii). W związku z tym, podobnie jak powrót do parytetu złota, nic to nie zmieni – kredyt pojawi się tak czy owak, a tam, gdzie go zabraknie wejdzie odpowiednik providenta, z tym, że z odsetkami na sterydach, a środowisko permanentnej deflacji, gwarantowane przez drastyczne ograniczenie podaży pieniądza, dopełni reszty. Oczywiście dla bulionistów to nie ma znaczenia – oni nie szukają rozwiązań problemu długu, a raczej "problemu" Rządu, który może być, potencjalnie, zagrożeniem dla stutus quo podziału bogactwa i zasobów.

Na pewno już lepszą alternatywę dla pieniądza "nie-dłużnego" prezentują środowiska z kręgu Positive Money, jednak moim zdaniem poważną wadą tej idei jest ignorowanie historycznie stałej tendencji ludzi do kreowania pieniądza kredytowego/siły nabywczej ex nihilo w sektorze prywatnym – pewnych rzeczy nie da się powstrzymać dekretem.



sobota, 13 czerwca 2015, sen.halaer

Polecane wpisy