NOWY BLOG - MMT od podstaw

Pracownia ekonopatologii - blog para-ekonomiczny w klimacie fusion ;-)

Blog > Komentarze do wpisu

#48 Klątwa "Money as Veil"

 

Wspomniana w poprzednim wpisie książka M. Hudsona "The Bubble and Beyond" to obszerna krytyka współczesnego modelu ekonomicznego – kapitalizmu finansowego, w którym coraz większa część aktywności gospodarczej i strumienia dochodów odrywa się od fundamentów – sfery produkcji i pracy dryfując w kierunku czegoś w rodzaju nowego feudalizmu – opartego na rencie generowanej przez postępujące zadłużenie. Hudson identyfikuje przyczyny tego procesu w błędnej interpretacji pieniądza i kredytu. Rozumienie ekonomii i polityka gospodarcza są w ogromnym stopniu podporządkowane konceptowi "money as veil" (~pieniądz jako zasłona), gdzie pieniądz jest przedstawiany jako tylko informacja czy miara do opisania "realnych" zjawisk w gospodarce – wzajemnej rynkowej wymiany towarów i usług. W tym abstrakcyjnym świecie oszczędności są odłożoną konsumpcją, a banki to instytucje stworzone po to, by pomnażać te oszczędności poprzez pożyczanie ich jako kredyt, co z kolei finansuje inwestycje. Takie rozumienie finansów i bankowości jest powszechne – i nieustannie utrwalane - przez media, ale także np. przez opłacanych przez społeczeństwo wysokich urzędników powołanych do służby w interesie ludzi (co powinno wiązać się także z dbałością o udzielanie rzetelnych informacji; tymczasem : "Podczas tej samej debaty Andrzej Reich z Komisji Nadzoru Finansowego zaznaczył [...] KNF nie jest od ratowania kredytobiorców. Jest od tego, by zapewnić bezpieczeństwo depozytów zgromadzonych w bankach, a te depozyty to są nasze [społeczeństwa] pieniądze, które są pożyczane innym klientom - mówił Reich" (źródło wyborcza.biz).

Początków zaklęcia "money as veil" należałoby upatrywać w stanowisku, jakie zajął w tej kwestii na pocz. XIX w. D. Ricardo, broker nie stroniący od tego, co dzisiaj określa się jako insider trading, zwolennik wolnego handlu (i, z perspektywy czasu, trochę paradoksalnie – zagorzały przeciwnik free lunchu płynącego z renty – wróg odchodzącej klasy feudałów ziemskich). Ricardo, przynajmniej w opinii Hudsona, dał początek retoryce zorientowanej na uczynienie sektora bankowego, a dokładnie jego produktu – długu – "niewidzialnym" dla nauki o ekonomii. Pieniądz MA być postrzegany jako tylko "zasłona" – narzędzie dla udoskonalania barteru, a banki jako zwykły agent pośredniczący  pomiędzy kredytobiorcami a oszczędzającymi, którzy (domyślnie wykazując się cnotą "wstrzemięźliwości") gotowi są poświęcić bieżącą konsumpcję – a zgromadzone dzięki nim "bogactwo" posłuży następnie do finansowania inwestycji. Nie ma mowy o tym, że każdy 1 grosz oszczędności posiada źródło w 1 groszu kredytu (lub deficytu budżetowego) i do jakiej dynamiki prowadzi ostatecznie arytmetyka procentu składanego. Narracja usuwa z pola widzenia matematyczny fakt, że oczekiwania oszczędzających w zakresie stóp zwrotu z powierzonego kapitału, jako funkcja rosnąca geometrycznie, w dłuższym okresie nie mają prawa być zaspokojone, tym bardziej mając na uwadze fakt, że po przeciwnej stronie bilansu jest odpowiadający za te oszczędności kredyt, który w obecnych czasach jedynie w nikłym ułamku służy celom poprawy zdolności produkcyjnych. (Jeżeli w XIX w. funkcjonowało pojęcie "lobbysta" to Ricardo miałby spore szanse na podium w tej kategorii.)

Mimo, że z punktu widzenia logiki koncepcja "money as veil" powinna dawno odejść w niepamięć, w latach 60/70-tych ub. wieku nastąpił jej zaskakujący renesans – w postaci tzw. monetaryzmu, za którego ojca uważany jest M.Friedman. Co więcej - sposób myślenia o gospodarce, pieniądzu i finansach, wypracowany przez jego zespół Chicago Boys, pomimo słabości zarówno samej teorii jak i porażek, które przyniosły próby "dosłownego" wdrożenia jej w życie, stanowi nadal niezmienne "tło" współczesnego konsensusu neoliberalnego – mimo okazjonalnych zmian retoryki poruszamy się ciągle w tych samych ramach. Konsensus ten zdominował współczesną politykę gospodarczą do tego stopnia, że możemy już mówić o "zhakowaniu" demokracji.

System, którego podstawowym celem jest zabezpieczenie interesów wierzycieli – 1% - kosztem pozostałych 99 i który zmierza stopniowo w kierunku konwersji aparatu państwa w narzędzie "odwróconej" redystrybucji, aby działać w dłuższym terminie, musi niewątpliwie znaleźć drogi "obejścia" demokracji. Kluczem jest zwycięstwo w "wojnie" informacyjnej (niezależnie, czy chcemy upatrywać przyczyny w jakimś makiawelicznym scenariuszu czy też jako po prostu splot przypadków, które doprowadziły do dominacji szczególnego mempleksu) (w jaki sposób praktycznie następują transfery "odwróconej" redystrybucji spróbuję napisać w kolejnym odcinku).

W praktyce, najbardziej powszechny sposób obejścia demokracji przejawia się w postaci ignorowania tzw. obietnic wyborczych – wiele ugrupowań politycznych po wygranych wyborach przestaje traktować poważnie swoje własne hasła z okresu kampanii, zwłaszcza te dotyczące gospodarki i podziału dochodu narodowego – przykłady to : Victor Paz w Boliwii w 1985, w UK - (d)ewolucja filozofii od Labour do New Labour w ostatnich ~20 latach czy całkiem niedawno - "nawrócenie" "socjalisty" Hollanda (lub więcej tu) i jego powrót na łono wyznawców austerity (czy metamorfoza : "Solidarność" 1989 vs. 1990 wpisuje się w ten trend? żeby nie jątrzyć - tu każdy powinien znaleźć własną odpowiedź). Politycy zbyt mocno przywiązani do woli elektoratu z kolei, natychmiast będą napiętnowani dyskredytującym mianem "populista". Inną metodą może być możliwie maksymalne odsunięcie organów wybieralnych, takich jak parlament, od istotnych procesów decyzyjnych, poprzez delegowanie uprawnień na rzecz nominowanych biurokratów (przykłady – RPP i generalnie wszystkie "niezależne" organy stanowiące o polityce monetarnej, czy ponadnarodowe instytucje jak MFW; "najlepiej" funkcjonuje to w UE, gdzie o najważniejszych sprawach decydują nie "lokalne" parlamenty ale Komisja Europejska czy Troika – współczesne ucieleśnienie inkwizycji kościoła neoliberalnego konsensusu).

Inny sposób to przekonanie wyborców, że nie ma alternatywy dla obecnego systemu (tzw. syndrom TINA). Totem TINA budowany jest poprzez systematyczną eliminację z nauki, edukacji czy publicystyki – a finalnie z dyskusji społecznej w ogóle - wszelkich konkurencyjnych idei czy modeli organizacji gospodarki. Przykładem działania mocy TINA jest to, że nawet przedstawiciele partii, postrzeganych jako skrajnie lewicowe, nie są w stanie wyjść poza narrację bilansowania budżetu państwa i minimalizują swoje postulaty pro-społecznej polityki wydatkowej pod dyktat czynnika ich "sfinansowania". Tym sposobem, jedyne co mogą zaproponować to zmiana podziału "tortu", w ramach dawnego konceptu walki klas – pracownicy kontra fabrykanci – podczas gdy, zdaniem Hudsona, współczesną linię frontu wyznacza w rzeczywistości konflikt : sfera produkcyjna vs. sfera finansowa. A sam tort do podziału staje się coraz mniejszy, bo większość "zjadają" odsetki. Inne "tabu" to powoływanie nowych przedsiębiorstw o charakterze własności innym niż całkowicie lub przynajmniej częściowo prywatny. W rezultacie cała dyskusja skupia się na akcentach, ale wszystko to w ramach jednego zestawu aksjomatów – neoliberalnego konsensusu – które prezentowane są jako "naturalne" prawa ekonomii.

Sedno tricku neoliberałów, który pozwala im kontynuować politykę zubożającą większość społeczeństwa wydaje się leżeć w wykreowaniu iluzji partycypacji (lub przynajmniej perspektywy partycypacji) w "podziale łupów". Za podręcznikowy przykład może służyć program Thatcher "Right to Buy" - wyprzedaż mieszkań komunalnych ich lokatorom na preferencyjnych warunkach (to samo zresztą stało się elementem transformacji gospodarczej w Polsce). W ten sposób tworzy się ogromna baza elektoratu, który będzie postrzegał wzrost cen nieruchomości jako zjawisko pozytywne. Dzięki temu potencjalna linia oporu społecznego przeciwko ekscesom bankierów czy rosnącym czynszom najmu, które muszą obsłużyć kredyty, zostaje spacyfikowana. Subiektywne poczucie "bogactwa" pozwala też, być może, lepiej znieść gorzką pigułkę w postaci spadku realnych dochodów, a tytuł własności może zachęcić do zaciągnięcia pożyczek pod hipotekę. Ci, którzy urodzili się w złym czasie i miejscu, nie mieli szans partycypować w wyprzedaży i z przerażeniem patrzą na rosnące ceny mieszkań nie mogą raczej spodziewać się empatii ze strony "uwłaszczonych". Klasa pracująca w ten prosty sposób przestaje być "niebezpiecznym" monolitem. W konsekwencji programy budowy mieszkań komunalnych - jak się wydaje jedna z niewielu skutecznych dróg ochrony młodych ludzi przed pułapką kredytowej "pańszczyzny" - mogą zostać łatwo storpedowane; wystarczy postraszyć perspektywą "utraty wartości majątku" ludzi, którzy mieszkania już posiadają (lub przynajmniej może liczą, że otrzymają takowe w spadku). W ten sposób faktyczni beneficjenci wzrostu wyceny – rentierzy, spekulanci oraz finansujące ich banki – mogą liczyć na szeroki front wsparcia zdezorientowanego elektoratu.

Podobny mechanizm zadziała też w odniesieniu do polityki "twardego" pieniądza – pomimo postępującego spadku realnych dochodów wiele gospodarstw domowych posiada chociażby skromne oszczędności. Nawet jeżeli zgromadzona suma jest niewielka jej posiadacz staje się podatny na antyinflacyjną histerię monetarystów. Wystarczy jeszcze odpowiednio często powtarzać fałszywą mantrę, że inflacja uderza przede wszystkim w klasę pracującą i ubogich, a jej źródłem są wydatki rządowe (skuteczny terror memem "druku") i - voilà – mamy przygniatające poparcie dla polityki bilansowania budżetu i "wyciskania" dochodów celem zapewnienia niezakłóconej obsługi długów. Systemy emerytalne oparte na prywatnych funduszach "inwestujących" w akcje, z kolei, będą efektywne dla wygenerowania złudzenia polaryzacji interesów : emeryci vs. pracownicy, tak, aby oczyścić pole dla corporate raiders* (uczciwie trzeba dodać, że system ZUS oparty na zdefiniowanej składce to też wygodne narzędzie divide et impera).

Wniosek, jaki się nasuwa – tytułowe hasło należałoby sparafrazować do postaci : "money as veil as a veil" – koncept pieniądza jako "zasłony" w rzeczywistości sam służy jako zasłona dymna, za którą trudno zobaczyć, jak działa system do ekstrakcji renty.

*Corporate raider – "inwestorzy" poszukujący okazji przejęcia pakietów kontrolnych spółek posiadających płynne, potencjalnie niedoszacowane aktywa (w tym zwłaszcza nieruchomości), lub ewentualnie perspektywy do, przynajmniej krótkoterminowego, utrzymania działalności operacyjnej przy zastosowaniu głębokich cięć kosztów (głównie osobowych, inwestycji i R&D) – celem szybkiego "napompowania" wyceny akcji poprzez poprawę wyników kwartalnych, a następnie realizacji zysków na sprzedaży tych akcji.



wtorek, 18 listopada 2014, sen.halaer

Polecane wpisy